• Menu
  • Menu

LIZBONA – SINTRA – CABO DA ROCA – CASCAIS – oczywiste miejsca w Portugalii, które musisz odwiedzić.

Julia Ot

Olá! PORTUGALIA BELA VISTA. Trochę wiosny w środku zimy nie zaszkodzi. Ten rok podróżniczy rozpoczęliśmy wylotem 5 stycznia 2023 roku do Lizbony. Nowe miejsca, nowe kraje, nowe horyzonty. A każda pora do zwiedzania świata jest dobra. Oczywiście wykorzystany jeden dzień dodatkowego wolnego – 6 stycznia. Tak – te wolne dni, to także podróżnicze zbawienie.


Lizbona urzeka mieszanką kultur i ludzi. Przypomina mi Londyn. Mix kultur, kuchni, zapachów i kolorów!!! Czyli to co lubię. Mieszkanie wynajęte klasycznie na Bookingu w dzielnicy Bairro Alto fajne, może do łazienki można się przyczepić, ale my nie czepiamy więc było miło i ok. W sumie w Portugalii nie ma zimy, więc nie ma potrzeby ogrzewania. Jednak wilgoć jest i niełatwo dogrzać je małym elektrycznym grzejnikiem. Ponadto większość tych mieszkań w tej okolicy mieści się w starych kamienicach. To oczywiście ma swoje plusy i minusy. Zawsze mówimy, że jak jest czysta biała pościel i ręczniki to jest dobrze. Z tej dzielnicy na piechotę wszędzie blisko. Tramwaj nr 28 jeździł, było cicho i spokojnie.

LIZBONA zresztą tramwajem stoi. Oczywiście jeździe się nimi super i w każdą stronę. Komunikacja rewelacja, bilety cały dzień za 6,60 €, dojazd do Sintry 2,5 €, ceny biletów do muzeów nie są także wygórowane – to kwota około 5 € (Muzeum Azulejo – kafle i mozaiki czy Nationale – Bosch, srebra i w sumie warto ). Zresztą tylko po dojechaniu z lotniska na Plac Dom Pedro IV robię już pierwsze foty żółtego tramwaju. Pod nogami wspaniała czarno biała mozaika. Oryginalny bruk okazał się jedynym takim kamiennym chodnikiem. Słońce świeci, widoki wspaniałe, czego więcej chcieć. Połowę centrum Lizbony można powiedzieć widzimy już pierwszego popołudnia. Po przeczytaniu wcześniej książki Marcina Kydryńskiego – “Lizbona. Muzyka moich ulic” – szukam dźwięków i tych widoków z lektury. Każda uliczka i każdy zakamarek ma swój urok i coś, co Cię zainspiruje. Jak nie resztki kafli, to napis czy mały mural. Taka jest Lizbona – różnorodna.

Idziesz z górki, a zaraz pod górkę. Trafiliśmy kawałek za naszym noclegiem na punkt widokowy z małą idealną kiosko – kawiarnią. Kawa w Lizbonie jest pyszna i najtańsza w Europie, a do tego koniecznie trzeba dodać francuskie ciastko z budyniem. Przykładowo super kawa i ciastko – pyszne – PASTÉIS DE NATA kosztowało 1,5 €. Obiad dla 2 osób do tego winko i piwko – 15€. Zjedzone i wypite, a spacerując robisz nie tylko trening, ale ładujesz baterie widokami.

Co jakiś czas mijamy drzewa pomarańczy, taka zima jest super! Kocie łby i nierówności dodają uroku labiryntowi uliczek. Ruas novas po portugalsku, czyli nowe brukowane ulice.

W Lizbonie odwiedzamy także oceanarium. Bilet za 20 € i po uważamy, że było totalnie warte tej ceny! Nie dość, że wspaniała i bardzo duża ekspozycja podwodnego świata, to po prostu na chwilę wkraczasz do kolejnej części Avatara. Istota wody. Mnie to fascynuje, bo boję się nurkować czy snorkować, jak już to tylko z dupą nad powierzchnią wody, a w takich miejscach podziwiam ten WATHER WORLD! Oceanarium pod względem wielkości trzecie w Europie, więc sami rozumiecie. Rafy z całego świata, cudowny podwodny świat.

GINJINHA 🍒 to nalewka wiśniowa lub czereśniowa. To kolejny przysmak w Lizbonie do posmakowania. Szczególnie w małych mini barach z oryginalnymi i swojskimi wyrobami. Pyszne sery i wędliny. Można na bogato, ale też niekoniecznie. Zawsze są sardynki w puszce, a takich sklepów z puszkami sardynek nigdzie nie zobaczymy! Mistrzostwo świata jeśli chodzi o ten temat.

Kościoły, katedry zwiedzamy zawsze, tym bardziej, że wejścia za darmo. Lizbona pokazała piękne barokowe wnętrza. Idealnie pieszo można zacząć dzień od wizyty w Klasztorze Hieronimitów, potem przechodząc przez ulicę w stronę Tagu idziemy pod wieżę Torre de Belem.

Torre de Belém – to przykład sztuki manuelińskiej i militarna budowla z 1520 roku, a przy tam najbardziej znana atrakcja Lizbony. Ruszając dalej w stronę centrum dojdziemy do Pomnika Odkrywców – na cześć wszystkim największym odkrywcom i podróżnikom czy żeglarzom m.in. Magellana, Vasco da Gamy. Bardzo ciekawy plac wyłożony mozaiką z wielką różą wiatrów. Widok na most 25 kwietnia i pomnik Jezusa – Cristo Rei, do którego pomimo szczerych chęci nie dotarliśmy.
Jak mowa o świętych, to Wszechobecny jest św. Antoni, który urodził się w Lizbonie i jest patronem rzeczy oraz osób zaginionych i podróżnych.


Podsumowując Wybrzeże Lizbońskie okazało się najpiękniejsze, SINTRA i pałac Pena – jest bajkowy i kolorowy. Byliśmy z samego rana i po wyjściu z pociągu od razu przeniesiona byłam w wymiar filmów Polańskiego. Tak to tutaj powstały sceny do filmu „Dziewiąte wrota”. Magia tego miejsca jest niepowtarzalna.

Idziemy na autobus i po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Rzeczywiście najbardziej bajkowy pałac, jaki widziałam. Przebił nawet Zamek Neuschwanstein, chociaż w Polsce też mamy kilka perełek. Pałac Pena w czerwono żółtym wydaniu oraz dzięki mauretańskiemu stylowi, jest miejscem pielgrzymek milionów turystów z całego świata. Nic dziwnego. Pomysłodawca to Król Ferdynand II, pomieszanie stylów jak najbardziej. Dzięki temu jest taki inny i wyjątkowy. Do tego dziki ogród i widok z góry na okolicę. W środku też fajna ekspozycja, sale i idealnie wyposażona kuchnia zamkowa najbardziej utkwiła mi w pamięci. Wchodzimy jeszcze do wieżyczek, a na chwile wychodzi słońce. Taki niesamowity budynek został oczywiście wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

A, że Wszyscy chcą NAJ… najwięcej, największego, najpiękniejsze, najwyższe, to naszym celem po Sintrze było udanie się na NAJBARDZIEJ wysunięte miejsce Europy na Zachód – CABO da ROCA – na 144 metrowym klifie. Czyli na krańcu Europy, który statkom ukazuje latarnia morska z XIX wieku. Jest pomnik, pod którym robię sobie fotkę – a napis Aqui, indeksy a terra se acaba e o Mar comeca – gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna, z całą stanowczością mówi prawdę.

Super view i cudowna pogoda. To był najpiękniejszy dzień wyjazdu💙

Tak prosto jednak nie było z dotarciem. Pomimo, że na bus 403 czekaliśmy 1,5 h i nie przyjechał, okazało się, że już nie jeździ, za niego nr 1253, który też przez 2 h nie jechał, zamówiłam Bolta, a wtedy przyjechał. Ale warto Bolta, bo taniej, a nowy przewoźnik nie uwzględnia biletów, które też miały być na drogę do Capo i Cascais. Nieważne – widoki po prostu super. Dalej też jedziemy kolejnym Boltem, za takie same pieniądze – 15 euro za cztery osoby to fajna cena. I bez czekania na autobus. Nic nie jest oczywiste, autobusy i rozkład tym bardziej. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

CASCAIS to przeurocze miasteczko, a na powrocie pociągiem podziwiać można wybrzeże z bliska w drodze powrotnej do Lizbony. Miasteczko stanowczo skradło nasze serca, nie tylko mini urocza plaża, jak się okazało plaża Królowej. A to dlatego, że było to ulubione miejsce kąpieli ostatniej królowej Portugalii – Amelii. Mikołaje świąteczne, a obok surferzy czy gracze w siatkówkę plażową. Postanowiliśmy, że następnym razem nocujemy właśnie tu. I nic dziwnego, że rodzina królewska w Cascais spędzała wakacje. Nazwa oznacza wzgórze muszli, zresztą lodzi rybackich stoi w porcie mnóstwo. Dalej idziemy w stronę latarni morskie ładnym deptakiem. No i tam najlepsze widoki, stary kamienny most i urocza stara zabudowa w otoczeniu palm robi super view. Gdzieś w okolicy kręcono Bonda. Mam wrażenie, że on wiedział doskonale, gdzie jest dobre tło dla każdej akcji i nie tylko! Pamiętajcie my nie byliśmy, ale jak będziecie to wejdzie do Hotelu PALACIO – podobno z ostatniego piętra widok niesamowity.