Egipt w czasach covidu.
Kiedy lecisz do Egiptu z biurem podróży, na lotnisku i w kurorcie wszyscy powtarzają to samo: „Nie ruszajcie się sami, to niebezpieczne, wykupcie zorganizowaną wycieczkę za miliony monet, bo inaczej zginiecie w busie pełnym kóz”. No więc nie. Na jednym z lotnisk spotkaliśmy kiedyś samotnego podróżnika, który rzucił proste zdanie: „Najlepiej jest za stodołą”. I miał świętą rację. Prawdziwe oblicze danego kraju poznaje się tam, gdzie nie ma wygładzonego pod turystów plastiku, tylko zwyczajne, lokalne życie.

Jesteśmy chyba ostanimi Polakami, którzy nie byli jeszcze w Egipcie. W sumie coś w tym jest, ale nie lubię oczywistych miejsc. Chociaż Egipt od zawsze juz jako małej dziewczynki był na liście moich podróżniczych marzeń, oczywiście z uwagi na zabytki i super ciekawe starożytne historie.
Naszą bazą wypadową było urokliwe El Quseir – miasto, które w starożytności, jako główny port czerwonomorski Egiptu, tętniło życiem handlowym (nieopodal, na północy, leżały ruiny antycznego Myos Hormos). Dziś to miasto to totalne przeciwieństwo głośnych kurortów. Kryje w sobie klimatyczne, stare zakamarki, małe warsztaty i uśmiechniętych, zwyczajnych ludzi, którzy zamiast wciskać ci chińskie pamiątki, po prostu mówią „Welcome to Egypt”. Szwendanie się po tej portowej miejscowości jest super, małe knajpki, sklepiki i dzieciaki biegające za porwaną piłką. Prawdziwy Egipt.


To właśnie stamtąd postanowiliśmy udowodnić, że własna wycieczka w przyzwoitej cenie jest w pełni możliwa. Zmontowaliśmy ekipę – my i dwie super pary poznane na wyjeździe – znaleźliśmy kierowcę z busem i ruszyliśmy prosto do Luksoru. Podróż z regionu Marsa Alam wcale nie była tak straszna i męcząca, jak nas straszono. Najlepsza część? Żadnych hurtowni alabastru, żadnych przymusowych przystanków w „zaprzyjaźnionych papirusiarniach” i zero marnowania czasu. Czysta droga i czysta przygoda.
Serce starożytności: Dolina Królów
Głównym punktem naszego planu była legendarna Dolina Królów (Wadi el-Muluk). To właśnie tutaj, ukryte w surowym, pustynnym kanionie po zachodniej stronie Nilu, znajduje się miejsce wiecznego spoczynku władców Egiptu z okresu Nowego Państwa (od XVIII do XX dynastii). Był maj i ponad 40 stopni. Chyba pierwszy raz myślałam, że się ugotuję żywcem. Słońce paliło. Ale wrażenie totalnie niewiarygodne.
Gdy potężni faraonowie zdali sobie sprawę, że gigantyczne piramidy w Gizie są w zasadzie wielkimi drogowskazami dla złodziei z napisem „tu ukryto złoto”, zmienili strategię. Zaczęli kłuć swoje grobowce głęboko w litej skale, licząc na to, że palące słońce i zdradliwe wąwozy ochronią ich mumie i skarby na wieczność.Wchodząc do wnętrza grobowców (w cenie standardowego biletu zazwyczaj można wybrać trzy), schodzi się długimi, pochyłymi korytarzami w głąb ziemi. Temperatura rośnie, powietrze robi się gęste, a ściany eksplodują kolorami. Te barwy mają ponad 3000 lat, a wyglądają, jakby robotnicy odłożyli pędzle zaledwie wczoraj. Ściany pokrywają teksty z Księgi Umarłych czy Księgi Bram – kosmiczne mapy i zaklęcia, które miały pomóc faraonowi przejść bezpiecznie przez zaświaty.



Polski ślad w piaskach Luksoru
Coś, co budzi ogromną dumę podczas spacerów po tutejszych nekropoliach, to potężny wkład polskich naukowców. Polscy archeolodzy z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW są w Luksorze marką samą w sobie, a ich historia na tym terenie sięga lat 60. XX wieku i legendarnego prof. Kazimierza Michałowskiego.
- Świątynia Hatszepsut (Deir el-Bahari): Choć znajduje się tuż obok Doliny Królów, to obowiązkowy punkt programu. Ta genialna, trzypoziomowa konstrukcja wkomponowana w monumentalny klif klękała w ruinie. To Polacy przez dekady, niczym tytaniczne puzzle składające się z tysięcy rozrzuconych bloków skalnych, zrekonstruowali m.in. trzeci taras świątyni. Na miejscu znajdziecie nawet oficjalną tablicę upamiętniającą pracę naszej misji.
- Grobowiec Ramzesa VI: Polscy badacze pod kierunkiem prof. Adama Łukaszewicza dokonali w nim niesamowitych analiz… starożytnych graffiti. Okazało się, że Dolina Królów była hitem turystycznym już 2000 lat temu w okresie grecko-rzymskim. Polacy skatalogowali i odczytali setki napisów, które na ścianach zostawili dawni podróżnicy – dokładnie tacy sami jak my dzisiaj, którzy chcieli napisać swoje klasyczne „tu byłem”.










