• Menu
  • Menu

Prawdziwy Egipt na własną rękę, czyli bus do Luksoru i urok „za stodołą”

Julia Ot

Egipt w czasach covidu.

Kiedy lecisz do Egiptu z biurem podróży, na lotnisku i w kurorcie wszyscy powtarzają to samo: „Nie ruszajcie się sami, to niebezpieczne, wykupcie zorganizowaną wycieczkę za miliony monet, bo inaczej zginiecie w busie pełnym kóz”. No więc nie. Na jednym z lotnisk spotkaliśmy kiedyś samotnego podróżnika, który rzucił proste zdanie: „Najlepiej jest za stodołą”. I miał świętą rację. Prawdziwe oblicze danego kraju poznaje się tam, gdzie nie ma wygładzonego pod turystów plastiku, tylko zwyczajne, lokalne życie.

…po drodze…

Jesteśmy chyba ostanimi Polakami, którzy nie byli jeszcze w Egipcie. W sumie coś w tym jest, ale nie lubię oczywistych miejsc. Chociaż Egipt od zawsze juz jako małej dziewczynki był na liście moich podróżniczych marzeń, oczywiście z uwagi na zabytki i super ciekawe starożytne historie.

Naszą bazą wypadową było urokliwe El Quseir – miasto, które w starożytności, jako główny port czerwonomorski Egiptu, tętniło życiem handlowym (nieopodal, na północy, leżały ruiny antycznego Myos Hormos). Dziś to miasto to totalne przeciwieństwo głośnych kurortów. Kryje w sobie klimatyczne, stare zakamarki, małe warsztaty i uśmiechniętych, zwyczajnych ludzi, którzy zamiast wciskać ci chińskie pamiątki, po prostu mówią „Welcome to Egypt”. Szwendanie się po tej portowej miejscowości jest super, małe knajpki, sklepiki i dzieciaki biegające za porwaną piłką. Prawdziwy Egipt.

To właśnie stamtąd postanowiliśmy udowodnić, że własna wycieczka w przyzwoitej cenie jest w pełni możliwa. Zmontowaliśmy ekipę – my i dwie super pary poznane na wyjeździe – znaleźliśmy kierowcę z busem i ruszyliśmy prosto do Luksoru. Podróż z regionu Marsa Alam wcale nie była tak straszna i męcząca, jak nas straszono. Najlepsza część? Żadnych hurtowni alabastru, żadnych przymusowych przystanków w „zaprzyjaźnionych papirusiarniach” i zero marnowania czasu. Czysta droga i czysta przygoda.

Serce starożytności: Dolina Królów

Głównym punktem naszego planu była legendarna Dolina Królów (Wadi el-Muluk). To właśnie tutaj, ukryte w surowym, pustynnym kanionie po zachodniej stronie Nilu, znajduje się miejsce wiecznego spoczynku władców Egiptu z okresu Nowego Państwa (od XVIII do XX dynastii). Był maj i ponad 40 stopni. Chyba pierwszy raz myślałam, że się ugotuję żywcem. Słońce paliło. Ale wrażenie totalnie niewiarygodne.

Gdy potężni faraonowie zdali sobie sprawę, że gigantyczne piramidy w Gizie są w zasadzie wielkimi drogowskazami dla złodziei z napisem „tu ukryto złoto”, zmienili strategię. Zaczęli kłuć swoje grobowce głęboko w litej skale, licząc na to, że palące słońce i zdradliwe wąwozy ochronią ich mumie i skarby na wieczność.Wchodząc do wnętrza grobowców (w cenie standardowego biletu zazwyczaj można wybrać trzy), schodzi się długimi, pochyłymi korytarzami w głąb ziemi. Temperatura rośnie, powietrze robi się gęste, a ściany eksplodują kolorami. Te barwy mają ponad 3000 lat, a wyglądają, jakby robotnicy odłożyli pędzle zaledwie wczoraj. Ściany pokrywają teksty z Księgi Umarłych czy Księgi Bram – kosmiczne mapy i zaklęcia, które miały pomóc faraonowi przejść bezpiecznie przez zaświaty.

Polski ślad w piaskach Luksoru

Coś, co budzi ogromną dumę podczas spacerów po tutejszych nekropoliach, to potężny wkład polskich naukowców. Polscy archeolodzy z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW są w Luksorze marką samą w sobie, a ich historia na tym terenie sięga lat 60. XX wieku i legendarnego prof. Kazimierza Michałowskiego.

  • Świątynia Hatszepsut (Deir el-Bahari): Choć znajduje się tuż obok Doliny Królów, to obowiązkowy punkt programu. Ta genialna, trzypoziomowa konstrukcja wkomponowana w monumentalny klif klękała w ruinie. To Polacy przez dekady, niczym tytaniczne puzzle składające się z tysięcy rozrzuconych bloków skalnych, zrekonstruowali m.in. trzeci taras świątyni. Na miejscu znajdziecie nawet oficjalną tablicę upamiętniającą pracę naszej misji.
  • Grobowiec Ramzesa VI: Polscy badacze pod kierunkiem prof. Adama Łukaszewicza dokonali w nim niesamowitych analiz… starożytnych graffiti. Okazało się, że Dolina Królów była hitem turystycznym już 2000 lat temu w okresie grecko-rzymskim. Polacy skatalogowali i odczytali setki napisów, które na ścianach zostawili dawni podróżnicy – dokładnie tacy sami jak my dzisiaj, którzy chcieli napisać swoje klasyczne „tu byłem”.