WIELKANOC W KRÓLESTWIE MAROKA. JAK CIEKAWIE SPĘDZIĆ CZAS W MARRAKESZU Z RODZINĄ. ILE KOSZTUJE JEDNIODNIOWA WYCIECZKA W GÓRY ATLAS, JAK DOJECHAĆ DO ESSAOUIRI Z MARRAKESZU I POODPOCZYWAĆ W OASIRIA WATERPARK. FASHION DAY Z YVES SAINT LAURENTEM ORAZ W NAJPIĘKNIEJSZYM OGRODZIE ŚWIATA – JARDIN MAJORELL.
Tunezja jest kobietą, Algieria mężczyzną, a Maroko lwem.
Jak mówi stare arabskie przysłowie. MAROKO – to najstarsze Królestwo w świecie muzułmańskim. Kraj w zachodniej Afryce, nad Oceanem Atlantyckim, a także Morzem Śródziemnym z prawie 3500 tysiącem kilometrów linii brzegowej. Stolicą tego państwa jest Rabat. W 1912 traktatem freskim kraj został oddany pod protektorat Francji i Hiszpanii. Trwało to do końca II wojny, gdzie wspierany przez USA i Anglię sułtan Mohammed V proklamował niepodległość Maroka. Zmienił tytuł na króla. Obecnym królem jest Muhammad VI.
My dolecieliśmy tam dopiero teraz, a już w latach 20 i 30 były popularne wycieczki samochodowe po Maroku. Pomimo wielu postępowych zmian cywilizacyjnych kraj jest pełny niespodzianek, i to podobało się nam najbardziej. Nowoczesny, ale mistyczny, wyzwolony, przepełniony religią, kolorowy i surowy. Wpływ religii jest wszechobecny, nie jest to fundamentalizm.
Kobiety mają o wiele więcej praw, niż w innych muzułmańskich krajach. Chodzą normalnie ubrane, mogą chodzić za rękę z chłopakiem. Ale nie do końca jest tak wspaniale. Kobiet nadal jest mało na wyższych stanowiskach. Jeżeli chodzi edukację, jest na niezłym poziomie. W małych wsiach, nie ma szkół, ale są wożeni do większych. Transport zapewnia im państwo. Maroko, przez wzgląd na obecność wspaniałych krajobrazów, rdzennych mieszkańców Berberów oraz wielowiekowych tradycji, jest nazywane „Krajem Zachodzącego Słońca”, „Perłą Maghrebu”, „Zimnym Krajem Gorącego Słońca” oraz „Bramą do Afryki”. Historia widoczna na każdym kroku.
Po 4,5 godzinnym locie – z Warszawy – Wizzair znajdujemy się w innej rzeczywistości. Przenosimy w czasie w baśń z tysiąca i jednej nocy. Pierwsze, co zachwyca w Marrakeszu to port lotniczy Menara – koronkowa robota architektów. Takie kontrasty nowoczesności i tradycji będą uderzać na każdym kroku.
Z lotniska do centrum Marrakeszu można dotrzeć dość drogą taksówką, albo autobusem linii 19, który wybraliśmy i kosztuje 30 dirhamów marokańskich. W sumie wyszło bez sensu, bo musieliśmy objechać całe miasto i dopiero na samym końcu trasy wysiadaliśmy. Taksówka wyszłaby tak samo i szybciej. Można przejść kawałek dalej od lotniska i znaleźć przystanek autobusu nr 18 za mniej. Albo iść na piechotę.
Pierwsze kroki po wylądowaniu skierowaliśmy w stronę jednego z najbardziej znanych placów świata. W Marrakeszu na Placu Jemma al-Fana skupia się całe życie. Jemma oznacza meczet, a targ oferuje rozmaite potrawy, a także uliczne spektakle, ceramikę, wyroby ze skóry, podróbki wszystkiego po żywe zwierzęta – żółwie itp. Na placu można spróbować przysmaków kuchni marokańskiej, głównie pieczonych bakłażanów, ślimaków, kuskus i głównego dania tamtejszej kuchni – tadżin. My wybraliśmy małą knajpkę z tarasem na dachu. To także charakterystyczne, że wąskimi schodkami wchodzisz na taras i tam z widokiem na okolicę delektujesz się marokańską kuchnią. Tam wypiliśmy najlepszą miętową herbatę. Tadżin też był dobrym wyborem. Chłopacy mieli udko kurze w śliwkach. Jedli, aż im się uszy trzęsły. Łukasz miał tadżin z jajem i mięsem też pycha. Ja wege czyli same warzywa. A mama sałatkę marokańską – czyli drobno posiekany pomidor z cebulą. Warto wspomnieć, że kulinarnej uczcie zawsze towarzyszą pokazy fakirów, zaklinaczy gadów (węży) oraz berberyjskich grajków. Występy rzeczywiście są na każdym kroku.
W kobry prawie wlazłam, uciekając przed naciągającą mamę na hennę Marokankę. Życie wokół placu jest barwne i ciekawe. Turystów masa, a nic dziwnego, jest tutaj wszystko. Przed wyjazdem do Maroka warto nieco się przygotować. Alkohol dostępny, ale nie podczas ramadanu. Dodatkowo, warto pamiętać, że publiczne spożywanie alkoholu jest zakazane. Marrakesz tętniący życiem, porusza wszystkie zmysły. My byliśmy teraz akurat w trakcie ramadanu, więc alkoholu nigdzie totalnie nie uświadczysz. Ani w małych sklepikach, ani w dużym Carrefourze. Nie ma nigdzie. Post to post. Jest piwko 0% i tyle. Ramadan trwa 30 dni, ale mega ciekawie widzieć to z bliska, jak przychodzi pora zachodu słońca i to wielkie szczęście muzułmanów kiedy zasiadają przy stoliczkach i zaczynają swoją małą ucztę. Potem oczywiście biesiadują do rana, muzyka, taniec. Słychać przy każdym hotelu. O wschodzie słońca można spożyć ostatni posiłek. Turyści też powinni uszanować ich post. Nie pic i nie jeść ostentacyjnie w miejscach publicznych. Z ciekawostek nie muzułmanin nie powinien podchodzić do ich grobów.
Wracając z targu bocznymi uliczkami, oczywiście trafił się jeden innego typu handlarz, oferując hasz i wymieniając wszystkie jego nazwy po kolei, kończąc na trawce. Chłopcy zaskoczeni jak nic. Kif lub haszysz to kiedyś rozrywka wielu Marokańczyków. Obecnie kara za posiadanie jest od 3 miesięcy do 5 lat. Uwaga na autostopowiczów, tych z towarem. Jeśli jeden z pasażerów coś ma, aresztują wszystkich z auta! Policji jest bardzo dużo i widocznej na każdym kroku. Jak powiedział starszy Syn, dobrze, bo czuję się bezpieczniej. A stracha dziwnego miał przed wylotem, po co i gdzie ja ich znowu zabieram. Policja kontrolowała kierowców skuterów dość często, a na drodze płatnej do Essaouiri stali kilkukrotnie z fotoradarem. Fakt daje to jednak poczucie większego bezpieczeństwa i komfortu. Dzięki temu też zwiedzanie Maroka na własną rękę jest jak najbardziej bezpieczne.
Co dzień wieczorem szliśmy spacerem na plac Jemma. To co oferują sprzedawcy na targu można oglądać i podziwiać w nieskończoność. Od fantastycznej ceramiki, biżuterii, plecionych koszy, torebek, butów, po owoce i przyprawy. Ale tanio, aż tak nie jest. Torebki nie kupiłam. Soki ze świeżych owoców były najlepsze – 10 DH za jeden. Obiad przeciętna cena to 50-90 DH za osobę, zależy kto co lubi. Można zjeść rolla z frytkami za 30 DH.
Na każdym kroku w Marrakeszu pięknie, czysto i przestrzennie. I jeszcze te dorożki. Taki Paryż w Afryce. Nie jestem zwolenniczką męczenia koni, więc dorożką nie jechaliśmy. Architektura jest iście muzułmańska, a serce miasta, czyli każdej Medyny, wyznacza meczet. No i jest to supeł ułatwienie w orientacji w nowym mieście. Jak się zgubisz kierunek meczet. W Marrakeszu minaret Kotoubia jest wzorem dla wszystkich innych i nie nie może go zasłonić. Trzy złote kule na jego szczycie są przetopione ze złota z biżuterii żony Jakuba el Mansura – kalifa. W architekturze tej nie może być motywów ludzi i zwierząt, a i tak są niesamowicie zróżnicowane. A dlatego, żeby zwrócić nasza uwagę ku duchowości i wnętrzu. Co dzień pod minaretem Księgarzy słychać modlitwę wiernych. Medyna w Marrakeszu wpisana jest na listę UNESCO.
Od Marrakeszu pochodzi nazwa kraju. Był kiedyś stolicą imperium i królestwa. Obecnie to jedno z najpiękniejszych miast świata! Afrykański charakter, wspaniała roślinność miasta, czerwone mury, mijamy na każdym kroku. Parki zadbane tak, że trudno się nadziwić. Nie to u nas, wszystko zarośnięte i zaniedbane. Mijamy za każdym razem Cyber Parc Arsat Moulay Abdeslam przy meczecie, który jest ulubionym parkiem mieszkańców z własnym wifi. Ba! To dopiero zachęca młodzież do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Rzeźby, nasadzenia, po prostu miasto na miarę człowieka.
Czystość powtórzę się, ale na prawdę zaskakuje na każdym kroku. Nawet poza miastem, może i biednie, ale śmiecia nie zobaczysz. Znaki wszędzie – zakaz śmiecenia. Dzielnica Gueliz jest bardzo elegancka, tuż obok niej przy budynku teatru i wspaniałego nowoczesnego Dworca Kolejowego mieliśmy swój hotelik. Hotel Lawrence d’Arabie nie drogi, w marokańskim stylu, basen i dobre śniadania – za 6 dni i 5 osób – 2200 zł. Mnie zainspirowała nazwa – film z 1962 roku – o tym samym tytule był zdobywcą 7 Oskarów! Koszty pozostałych atrakcji też nie są wygórowane. Bilet z lotniska autobusem nr 19 – 30 DRH, pałac – 70 DRH, najdroższy był bilet łączony do Ogrodów Majorelle, Muzeum Berberów i YSL – około 20 euro od osoby – za 5 osób 1200 DH, kupowałam w kraju przez Internet. Kolejki są. Miejsce warte wszystkich pieniędzy!!! Cudownie. Przed wejściem mieliśmy jeszcze pół godziny na kawę i soki w Villa Majorell. Tu już było wspaniale i kolorowo. Magia i duch artystów tworzących to miejsce obecny na każdym kroku.
Wizyta w Ogrodach Majorell założonych przez francuskiego artystę Jacquesa Majorelle oczarowała nawet moich Synów. Architekt Majorell przez 40 lat sukcesywnie urządzał willę i pielęgnował ogrody. Po jego śmierci nikt za bardzo się nimi nie interesował, aż do momentu, kiedy kolejnymi właścicielami został Yves Saint- Laurent i Pierre Berge, którzy przywrócili czasy świetności tego miejsca. A duch Yves’a jest wszechobecny, bo po śmierci w ogrodzie rozsypano jego prochy. Nie dziwię się zresztą! Artystyczna dusza na pewno się tam odnajdzie.
Kaktusy są wszędzie!! Znajdziemy tutaj wiele gatunków, o różnych formach, kwiatach, różnym okresie kwitnienia, podłużne, okrągłe. Nie można oderwać wzroku i wszystko chce się fotografować. Stanowczo za dużo zdjęć, ale to zmora tych czasów i potem dylemat, które wybrać. Zachwyceni odwiedzamy w głębi prywatny ogród YSL, a potem chwila pod pomnikiem słynnego projektanta. Tak sobie pomyślałam, dobrze, że chociaż cień na oczach mam YSL. Zresztą od lat kupuję i są super. Potem zwiedzamy muzeum Berberów, jeden Synek już zniknął, trzeba szukać. Nastolatki w Maroku.
Na deser zostaje Muzeum YSL. Na tak zwanej ściance z logo, każdy robi sobie fotkę. Ja też, a co. W środku rysunki, szkice i cześć kolekcji – ponadczasowe suknie i garnitury, klasa i szyk. Zresztą YSL, mówił, że moda przemija, a styl pozostaje. Tego ostatniego nie można z pewnością odmówić jego projektom. Podobnie jak niezaprzeczalnej klasy, widocznej w każdej stworzonej przez Yves’a Saint Laurenta sylwetce. Miejsce magiczne nie tylko dla fashionistek.
Kolejny dzień wyjazd w Góry Atlas, które są idealnym tłem Marrakeszu i nie wyobrażam sobie nie podjechania chociażby do ich podnóża. Chociaż jeszcze w kraju moje zapędy były większe, żeby wejść na najwyższy szczyt Maroka – Tubkal. No, ale że z dziećmi, nastoletnimi, ale jeszcze dziećmi i mamą, nie zostawiłabym ich na dwa dni. Dlatego na pewno jeszcze tam wrócę z naszą ekipą od zadań specjalnych i wejdziemy.
A Maroko ma wiele do zaoferowania jak nie trekking, to motor czy kamper. Jak kto woli i co lubi. Nasza wycieczka była kupiona prze GetYourGuide za 156 zł d osoby. Byliśmy tylko my i idealnie. Kierowca przyjechał porządnym Mercedesem Vito, nie szalał i był sympatyczny. Po drodze zabraliśmy kolegę – przewodnika, z którym już pojechaliśmy na śniadanie w wiosce Berberów. Wiem, że to już bardziej pokaz dla turystów, niż ich real life, ale było klimatycznie, miło i szybko, bez żadnego naciągania itp. Ugoszczeni różnymi gatunkami miodu w “kazbie”, gdzie ściany są z gliny zmieszanej z sieczką, a podłoga pokryta dywanami, z których słynie ten rejon. Wytłumaczono nam jak powstaje płynne marokańskie złoto czyli olejek aranganowy. Ze zmielonych nasion powstaje olejek. Rezerwat tych drzew uznano za biosferyczny pomnik przyrody i wpisano na listę UNESCO. Plemiona Berberów zamieszkując teren Atlasu, odbiegają swoim życiem od klasycznego marokańskiego stylu życia. Bardziej rządzą nimi prawa plemienne i nim się w pierwszej kolejności podporządkują. Dokładnie nieświadomi skąd pochodzą Berberowie, czy z Libii czy innych stron. Zajmują się rękodziełem, hodowlą i uprawami warzyw oraz owoców. Po odwiedzeniu Berberyjskich kobiet dojechaliśmy do miejskości ILMIL
Jest to główna baza wypadowa i tu zaczyna się trekking do Parku Narodowego Tubkal. My podeszliśmy tylko na wysokość 1900 m n.p.m. Widoki cudowne, śnieg na szczytach i zwyczajne wiejskie życie. Dobrze, że przewodnik powiedział, że my na pewno wejdziemy na Tubkal, czyli kolejny wyjazd i wchodzimy. Mam nadzieję, że tą oto ekipą.
O najwyższej górze Maroka – TUBKAL muszę wspomnieć – ma wysokość 4167 m n.p.m. i wejście na górę nie należy do najtrudniejszych – podobno. Od 2018 roku jest wymóg wchodzenia z przewodnikiem, z uwagi na zamordowanie dwóch skandynawskich turystek. Zawsze jest wyjątek od reguły, ale obecne obostrzenie nikomu nie zaszkodzi, a koszt przewodnika to około 200 zł za grupę. Niewiele, a niespodzianek nie będzie. Liczę, że jeszcze będzie mi dane wejść i opisać ten temat. Inszallach!
INSZALLACH – oznacza „ jak Bóg zechce ”. Z tej filozofii wywodzi się mentalność mieszkańców. Barwne i żywiołowe życie widać na każdym kroku. Nie dajmy się tym zwieść. Nauczeni doświadczeniem, też daliśmy się nabrać. Dobrze, że nie na kasę, tylko zaufanie, że kierowca rano będzie. Dwa razy inny i dwa razy nie był. No trudno, takie uroki organizowanych samemu podróży. Ale pamiętajmy są mili, przyjaźni, a każdy turysta jest postrzegany przez pryzmat portfela. A targować się trzeba. Nawet jak zostałam nazwana starą Berberyjką. No i dobrze. Wyrolować się nie dam.
Podwózka z placu Jemma el Fna to 40 DRH, do parku wodnego 150 DH za pięć osób. Pisałam o umawianiu i nie przyjechaniu o 7.30, a przez to popsuciu nam szyku i jednego dnia. Po naradzie rodzinnej czy jednak jak miało być As – Suwajra z dworca ich autobusem za 124 DH, czy Casablanka pociągiem, ale kolejny już był za późno bo ok.11.35, więc odpada, a bilet też nie za tani 230 zł w dwie strony od osoby. Dirhamy w sumie są łatwe do przeliczenia, bo na pół i jest w złotówkach. W każdym razie, co taksówkarz to inna cena. Jak to już bywa na wyjazdach, warto się zorientować co i za ile. Padło idziemy z buta na dworzec autobusowy w Marrakeszu i jedziemy nad Atlantyk. Na dworcu bardzo pomocni od razu pan zaprowadził nas do kasy, a potem pokazał peron, z którego odjedziemy. Nie byliśmy jedynymi turystami.
Dotarliśmy po 3 godzinach do dworca, okolica nie zachęcała. Im dalej szliśmy w stronę medyny, tym bardziej byliśmy zachwyceni. Stara medyna w Essaouirze została założona w XVIII wieku i jest popularnym miejscem turystycznym i słynie z licznych klimatycznych riadów. Wnętrze medyny to świat wąskich uliczek ze sklepikarzami. To miejsce, gdzie można odkryć ciekawe i urocze zakątki oraz wejść do sklepów z przyprawami, słynnymi drewnianymi pamiątkami lub galerii sztuki. Od 2001 roku Medina w Essaouirze jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Zbliżała się pora obiadowa, więc w pięknej wnęce pomiędzy sukami, usiedliśmy na obiad i kawę. Za kawy, soki, desery, tażiny dla 5 osób, zapłaciliśmy 520 DH. Ceny o wiele niższe niż w Marrakeszu, poprzypinane do towarów, co też jest fajne, ponieważ nie trzeba się targować. Nie każdy to lubi. Kolejne misy, kubki ceramiczne kupione i tylko pytanie, gdzie to upchamy, bo jak zawsze mamy plecaki i podręczny bagaż. Pamiątki muszą być, a nie byłabym sobą, jakbym nic nie kupiła.
Idziemy w stronę portu rybnego w Essaouirze, który od rana żyje pełną parą, ale najpiękniejsze są małe niebieskie łodzie i setki rybaków sprzedających ryby. W tym mieście wiatrów kręcono Otella i Grę o Tron. Na murach obronnych z portugalskimi działami widać w końcu ocean. Wszędzie pełno mew , które skupiają się przy rybakach i ich sieciach. Jakby zawisły w powietrzu. Zapach taki jak na rybnym targu, dobrze że powiew wiatru łagodzi te rybne wonie. Widok na piaszczyste plaże i surferów. Atmosfera niepowtarzalna, a widoki na serio filmowe. Miasto biało niebieskich kolorów. Tutaj odbywa się festiwal muzyki w październiku, a wiosną zawody windsurfingowe.
Wszystko tutaj łączy tradycję z nowoczesnością. Czas nas goni niestety, powrotny autobus mamy o 16 więc, kupujemy świeże pyszne truskawki i maliny na targu po 20 DH za kilogram i ruszamy w stronę dworca. Po drodze mijamy mnóstwo kamperów z Europy, droga bardzo dobra, policja kontroluje prędkość, więc niby Afryka, ale nie dzika. Chłopakom też podobają się widoki zza okna autobusu, szczególnie kłęby suchych krzaków, po mału turlających się po pustynnych polach. Takie filmowe sceny, które na pewno zapamiętają na dłużej. Dojeżdżając do Marrakeszu poprosiliśmy kierowcę o szybsze wypuszczenie nas z autobusu, żeby nie cofać się 3 kilometrów. Bez problemu zatrzymał się szybciej i wysadził blisko hotelu. Trzeba przyznać, ze Marokańczycy są bardzo mili i uprzejmi. I ten francuski. nigdy nie czuła tego języka, a cztery lata uczyłam się w liceum. teraz ucieszyłam się, że podstaw się nigdy nie zapomina i jak bardzo przydały się w prostej, zwykłej komunikacji. I może nawet wrócę do jego nauki z powrotem… Odnośnie jeszcze kosztów 1 dniowej wycieki do Essaouiry z GetYourGuide to 16 euro, czasowo na pewno o wiele szybciej. Nas przez to, że wyrolował kierowca, nie mieliśmy już możliwości zakupu tej wersji i pozostał nam zwyczajny marokański autobus – 13 euro – żadna różnica, a dłużej.
Pałac el BADI zrobił na nas ogromne wrażenie, kiedyś nazywano go „nieporównywalnym” – był największy w Afryce. Król, który go zbudował nie miał szczęścia, zmarł 100 dni po jego ukończeniu. Teraz ten czerwony pałac i tak zachwyca rozmachem, basenami, a w podziemiach celami kiedyś dla niewolników.
W niedzielę z rana pojechaliśmy do Ousiria Waterpark – 7 km od miasta- Wstęp 270 DH za osobę, chyba ze jesteś babcią lub masz poniższej 150 cm wzrostu to płacisz 170 DH – cena za cały dzień. Leżaki okazały się płatne – 25 DH za jeden. Można fajnie odpocząć, nie było ludzi, może dlatego nasi nastolatkowie zamiast korzystać ze zjeżdżalni i innych atrakcji, woleli leżeć z wi-fi. Masakra. Jednak może wolą tłum, stanie w kolejce, żeby zjechać, ale tego już nie pojmę. Teren zrobiony z rozmachem, obsadzony piękną roślinnością i idealny dla rodzin z mniejszymi dziećmi. Są bary, toalety wszystko idealnie zadbane i czyste.
Po wodnej rozrywce praktycznie biegiem szliśmy na Grand Prix Hassana II w Marakeszu – finał Aleksander Muller / Roberto Carballés Baena, który cały obejrzeliśmy na żywo! Wrażenia super, zresztą pierwszy raz byliśmy na profesjonalnym turnieju tenisa, czyli Maroko zachwyca nas na każdym kroku. Wstęp był za darmo, więc tym bardziej. Warto jest sprawdzać jak gdzieś jesteśmy, wydarzenia i eventy w danym miejscu. Czasami można trafić na świetne atrakcje i nie wydać grosza.
Nie mogę nie napisać, że z uwagi na nasz pobyt podczas Wielkanocy sprawdziłam, czy w Marrakeszu jest kościół katolicki. I był. Poszliśmy w sobotę wieczorem, trafiliśmy na próbę, a potem rezurekcje w wydaniu … ciekawym, śpiewów w stylu gospel. Kościół Świętych Męczenników – Church of the Holy Martyrs prowadzi misja Franciszkanów, miło ojciec przyszedł, przywitał się i był zaskoczony, bo byliśmy jednymi z garstki białych wśród „czarnych” katolików. Chrześcijanie w Maroku stanowią niewielką mniejszość, złożoną niemal wyłącznie z obcokrajowców. Chłopcy stwierdzili jedno, dlaczego u nas nie ma takiego luzu i otwartości. Po przeciwnej stronie meczet z modlącymi się, a pomiędzy świątyniami komplet policji pilnującej wiernych różnych religii.
Magia Maroka jest totalna. Berberzy malują na drzwiach magiczne znaki, a kobiety na twarzy malują magicznym diamentem tatuaże, żeby odgonić złe duchy od ust i nosa. Tatuaż zaś drzewa palmowego na dłoni i twarzy ma zwiększyć płodność. Zresztą JINN to duch. Pamiętacie lampę Alladyna. Z toalety nie należy korzystać od 23.30 do 2.30, bo może być tam w tym czasie zły duch. Ha! Przed złymi mocami chroni też ręka Fatimy. Bransoletki kupiłam. Ale nie uchroniło to naszych ceramicznych zakupów. Tadżiny także, niestety ten, który chciał Viktor do kurczaka, klasyczny z przykryciem – pękł. Mój talerz – też – walnęłam plecak na betonową ławkę i … przetrwały misy i kubki. No cóż…bywa.
Z zakupów to warte swej ceny sukienki z bawełny z charakterystycznym haftem. No oczywiście olejek aranganowy kupiliśmy na targu – gdzie za 3 – 100 ml – zapłaciłam 100 DH, a u Berberów – 150 DH za 100 ml. O jakości zapewne przekonam się wkrótce. O magnesowej manii nie wspomnę, piękne.
Ostatni dzień rano – lecimy zobaczyć jeszcze Pałac Bahia – fart jesteśmy pierwsi na krużgankach. Tempo klasycznie – 20 minut zwiedzony. Wnętrze rzeczywiście w iście marokańskim stylu, pięknie zachowane mozaiki i sklepienia. Dziedziniec w małym remoncie, ale nie przeszkadza to zwiedzającym. Powrót taksówką, żeby zdążyć poopalać się jeszcze nad basenem. Idealnie, bo wymeldowanie z Hotelu o 12.30, więc na luzie. Odlot o 16.30 więc powolnym spacerem ruszamy w stronę lotniska. Po drodze zapasy w Carrefourze kupione. Po dwóch kilometrach w ponad 30 stopniach, z całym szacunkiem dla Mamy, która wymiata, a młodzi marudzą, wzięłam Taxi, żeby chociaż te bagaże z misami, tadżinani i innymi marokańskimi wyrobami podwieźć do lotniska. Łukasz z Borysem doszli z buta i można – można.
Podsumowując – zachwyceni i zafascynowani różnorodnością Maroka. Super, że jednego dnia zwiedzasz piękne miasto, drugiego możesz być w górach, a trzeciego nad Atlantykiem. Wszystko w zasięgu ręki i portfela też. Jak zawsze można na bogato i można budżetowo. My wolimy drugą opcję, a i tak było fantastycznie. Wszystko, co potrzebne było i w hotelu i poza. Maroko to kraj, gdzie nawet najwybredniejsza osoba znajdzie coś dla siebie. Możesz korzystać i robić, co tylko chcesz. No oprócz picia alkoholu szczególnie podczas miesiąca ramadanu. Od konnej jazdy po grę w golfa, sporty wodne, trekking czy narty.
Maroko mnie urzekło, ale miejsce do jakiego jeszcze raz na spokojnie chciałabym wrócić to Ogrody Majorelle. Plan powrotu na pewno jest – cel wejście na Tubkal. Kto ma w planie Maroko – loty z Warszawy – Wizzair – od listopada 2023. Ostatni był nasz lot. Z Krakowa są loty Ryanair do Adagiru cały rok, duży wybór z Berlina lub Wiednia, więc wybór jest. Pamiętajmy o temperaturach, latem w Marrakeszu dochodzi do 50 stopni, więc nasza pogoda była idealna. Informacje, które mogą być ważne – paszport jest ważny do daty końcowej, czyli nie musi być 6 miesięcznego okresu wstecz. Musi być zgoda drugiego rodzica na wyjazd dziecka z jednym rodzicem, notarialna zgoda to koszt tylko 25 zł, a nerwów mniej. I odpisy aktów urodzenia dzieci zabierzmy także. Nikt tego przy wjeździe do Maroka nie sprawdzał, ale miałam sytuacje, że kazano mi udowodnić, że to moje dzieci i uwierzcie nie było przyjemnie.
W Maroku zaś było bardzo przyjemnie i został nam duży niedosyt, dlatego następnym razem – odkryjemy kolejne miejsca w tym niesamowitym kraju. “Ten kto żyje widzi dużo, ten kto podróżuje widzi więcej.” – arabskie przysłowie
Usiądź na skałach, spójrz w morze, posłuchaj nowych wieści ….