CZYLI JAK Z DZICZY I RAJSKICH WYSP TRAFIASZ DO BETONOWEJ DŻUNGLI I NAJWIĘKSZEGO MIASTA MALEZJI…
Do Kuala Lumpur przylecieliśmy z miasta Langkawi. Bilet na samolot kupiony raz dwa trzy na wyspie Langkawi. Wtedy to koszt 100 zł, teraz AirAsia to 150 zł, więc też super cena. Lot może nie należał do udanych, a raczej przerażających. Już podczas lądowania w Kuala, samolot nagle wzbija się ponownie i leci gdzieś indziej. Burza i ulewa spowodowały, że wylądowaliśmy na drugim dalszym lotnisku. Jakoś wyszło, że autobusem dotarliśmy do mini hoteliku. Dobrze, że cali i zdrowi.
Dosłownie mini pokój zajmowało jedynie łóżko, bo już nic więcej się nie zmieściło, a prysznic brało się siedząc praktycznie na toalecie. Takie klimaty. Czas goni jak zawsze więc, zwiedzamy. To co każdy kojarzy z tym miastem – Petronas Tower. Dopiero co cudowne plaże Tajlandii i spokojne oraz dzikie Langkawi, a teraz futurystyczne budowle. Rajską plażę jak wyjętą z biblijnego raju, zmienić mieliśmy na olbrzymią, gwarną i wielokulturową metropolię.
Dwie Wieże to siedziba największej w Malezji firmy naftowej Petronas, zresztą stad nazwa. Budynek miał i to zrobił – pokazał rozwój tej części świata. Projektował go argentyński architekt César Pelli, a budowa ruszyła w roku 1992 i trwała 6 lat. Gdy pracę zakończono, wieże Petronas były najwyższymi budynkami na świecie.
Nie dziwi nikogo, że fajnie jest mieć fotkę przy 452 metrowych wieżach! Z ciekawostek to był tam nagrywany film „Osaczeni” z Zeta Jones i moim ulubionym Sean Connery. Kolejnym miejsce, które musisz zobaczyć w stolicy Malezjito świątynia Batu CAVE. To niesamowity zespół jaskiń odnalezionych 130 lat temu na wzgórzach, oddalonych zaledwie kilkanaście kilometrów o stolicy kraju. Pamiętam jak dziś, na dole przed ogromnymi schodami leżały poukładane cegły, dla chętnych idących na górę i do świątyni, żeby mieli swój wkład w remont. My mieliśmy, a dokładniej Łukasz miał.
Jak również 272 stopni do pokonania, aby dotrzeć do grot po środku góry i do tej największej o nazwie Cathedral Cave, czyli Jaskinia Katedralna. Pełno tam sprzedawców, a na jednym ze stoisk kupiłam mamie piękną srebrną hinduską bransoletę z czerwonym koralem. Ma i nosi. Świątynia robi wrażenie, a tym bardziej widok z góry. Wewnątrz równie imponująco. Do tego małpy, niezliczona ilość hinduskich bóstw i kolejne miejsce na mapie świata zwiedzone.
W drodze powrotnej – dziewczyny i ja ozdabiamy się troszkę tatuażami z henny. Moje nogi sprawnie zdobi hinduska dziewczyna. Nie dość tego dwie są ozdobione symetrycznie i mi się to bardzo podobało. Gorzej wtedy, kiedy wracasz z wakacji, a henna zmywa się po mału i wygląda jakobyś się pobrudziła. W każdym razie – hinduska kultura jest fascynująca.
Moje plecy to trochę mix azjatyckich bóstw, symboli, ornamentów. W tym wieloręka bogini Kali. Tak to – hinduska bogini czasu i śmierci, pogromczyni demonów i sił zła. Paradoks, ponieważ matka wszystkich żywych istot i w ostatnich latach właśnie ten aspekt jej bóstwa zaczął być szczególnie podkreślany – matka chroni niewinnych, jest obrończynią. Jednocześnie jednak Kali to bogini zniszczenia i narodzenia się na nowo.
Moja jest trochę moja, nie ma w dłoniach strasznych atrybutów, a takie które się miło kojarzą. O innych będzie także, bo wiążą się z innymi miejscami oraz podróżami.
Kuala Lumpur w każdym razie robi ogromne wrażenie. To było w 2015 roku, teraz zapewne jest o wile więcej atrakcji i nowych miejsc. Co się na pewno nie zmieniło to dobre jedzenie, targi, mnóstwo ludzi i różnorodność szeroko pojęta. Stolica Malezji zwiedzona, a naszym kolejnym wtedy celem był Singapur. W 2015 był to nasz debiut w tym mieście, które później jeszcze dwukrotnie odwiedziliśmy.
Koniecznie muszę napisać jak dojechaliśmy do Singapuru. Pociągiem z Kuala Lumpur – dlaczego nie. Malezja zobaczona trochę bardziej, trwało to około 9 godzin. A że był to nocny pociąg, zaoszczędziliśmy jeden nocleg, z koszt to było około 35 zł. Obecnie mamy taki train, który jedzie 9,5 h lub 6,5. Teraz ta cena zaczyna się od 60 zł. Mamy do wyboru także autobusy i cena biletu w jedna stronę zaczyna się od 10 USD. Nie jest źle. Mamy czas, to wszystko może nie mieć wygórowanej ceny.
Ten pociąg zapamiętaliśmy na długo. A dlaczego, bo jechali nim sami mężczyźni. Trochę strach, ale my też mieliśmy męską część, która na pewno dawała poczucie bezpieczeństwa. Pomimo, tego że każdy miał swoje leżące miejsce i tak spałam na jednym z Łukaszem i plecakiem przywiązanym do nogi. Było ciekawie. Przejechaliśmy kawał Malezji po drodze podziwiając za widnego widoki. Dotarłyśmy do stacji pod Singapurem. A to co było dalej i jak jako jedyni biali turyści szliśmy z tłumem jadących do pracy malezyjczyków przekroczyć pieszo granicę Malezji z Singapurem o tym w kolejnym wpisie pt. SINGAPUR.























