HISTORIA NASZYCH RODZINNYCH WYJAZDÓW NA WĘGRY I JEZIORO BALATON. KTÓRY KEMPING NAD BALATONEM JEST NAJLEPSZY … I JAK SPĘDZAĆ CIEKAWIE URLOP W KRAINIE SŁONECZNIKÓW… CZYLI NASZE WAKACJE POD NAMIOTEM…
Głównymi kierunkami podróży dla Polskich turystów za czasów komuny były na Węgrzech miejscowości położone nad jeziorem Balaton oraz Budapeszt. Większość turystów, aby dostać się na Węgry wybierała transport własny – my maluch, inni skoda czy syrena. Zwyczajny i przeciętny Kowalski dopiero za czasów Gierka mógł zacząć myśleć o podróży…Wtedy to, według ówczesnych władz „Polska otworzyła się na świat”. Pojawiły się nowe możliwości podróżowania, tysiące Polaków podejmowało starania o uzyskanie paszportu oraz zebranie jakże cennych i trudno dostępnych dolarów, bądź innej wymienialnej waluty.
Pierwsze starania o mój paszport moja mama poczyniła w 1982 roku, kiedy to miałam odwiedzić tatę pracującego w ZSRR, na obecnym terytorium Ukrainy przy budowie elektrowni jądrowej. Po tym fakcie pozostało mi jedynie wspólne zdjęcie paszportowe z mamą i tyle było z wyjazdu. Paszportu jednak nie wydali. Do demoludów, czyli o wyjeździe na Zachód, też wtedy jeszcze mogliśmy pomarzyć, ewentualnie poczytać lub pooglądać w atlasie ciekawe miejsca. A rodzice już wtedy wiedzieli, że – posiadanie dzieci jest powodem do podróżowania, nigdy powodem do zatrzymania się.
Wyjazdy wtedy oprócz walorów rekreacyjnych posiadały w wielu przypadkach charakter ekonomiczny. Turystyka handlowa tamtych czasów pozwalała nie tylko na zwrócenie się kosztów urlopu, ale też mogła stanowić istotne źródło dochodu w domowym budżecie i tak trochę było w naszym przypadku.
Najpierw mały przemyt z kraju z sierpem i młotem, i na odwrót coś do nich też się wywoziło. Po ty jak już rodzina trochę uzbierała, można było zacząć wyjeżdżać. Największą popularnością cieszyły się pola namiotowe, a że Polscy turyści często przybywali na Węgry wyposażeni w odpowiednią ilość swoich zapasów jedzeniowych, to mimo wszystko pamiętam smaki tamtej starej węgierskiej kuchni.
Gulasz, palacsinta, gorąca kukurydza z solą, czy zupa z kawiorem to były smaki dzieciństwa. Palacsinty jemy w dalszym ciągu i smak mają niesamowity. Cieniutki naleśnik z cukrem pudrem w środku z czekoladą czy marmoladą – pycha! Ale urok kempingowy też niepowtarzalny. Nie było tego wszystkiego, co obecnie i to było wyzwanie. Nigdy nie zapomnę masła trzymanego w słoiku i worku w małym strumyku obok namiotu. Słoikowych przysmaków i wielu innych potraw, których już nie jemy. O tym węgierskim życiu, podróżowaniu, słonecznikach, przejeżdżaniu tej trasy tyle razy – mogłabym książkę napisać. Ale skrócę i napiszę trochę. Wspomnienia bezcenne i bardzo wzruszające!!!
Węgry były dla nas od dziesięcioleci destynacją wakacyjną! I praktycznie, co roku miejscem spędzania wakacji. Przygodę z Balatonem zaczynamy w latach osiemdziesiątych. Dzieci z rodzicami – jedziemy pierwszy raz małym Fiatem 126 p z ekipą znajomych rodziców w latach 80 – tych. Kemping jest im znany, ponieważ jeździli tam wcześniej bez cudownego potomstwa. Bardziej na tzw. handel wymienny niż odpoczynek. Owocem tych wojaży był do dziś dnia posiadany mega zestaw duralexu w kolorze miodowym. Dla nas też była frajda, kiedy miałyśmy inne niż wszyscy zeszyty do szkoły. Do dziś, co prawda zapisane, ale mam w piwnicy. Na jak to się ciągle mówi – na pamiątkę.
Ja, Siostra i rodzice w każdym razie z wielką rzewnością wspominamy tamte czasy i przygody. Jak to pili palinkę, grali w karty i siatkówkę, a także brązowieniu w węgierskim słońcu. Dla nas wtedy to było jak obecnie wyjazd co najmniej … nawet nie wiem do czego porównać. Zawsze po wakacjach na pytanie Pani w szkole, kto opowie gdzie był, padało na nas, bo byłyśmy „gdzieś”. Do dzisiaj nie wiem jak mieściliśmy się w tym mini aucie – Fiat 126p, potem duży Fiat, Polonez i tak Polska motoryzacja ulepszała nasze podróże. Aż dziw, jak wszystko kiedyś mieszczono do jednego autka. My, jedzenie, materace, śpiwory, wtedy nie małe, stolik, krzesełka, kuchenka, butla gazowa i leżaki. Typowe wakacje Polaków za granicą w latach osiemdziesiątych. Polot i ułańska fantazja.
Kemping jedyny w sowim rodzaju. Nie ma tutaj namiotu, ponieważ kemping w Révfülöp oferował je wskazanym i chyba szczególnej grupie osób na miejscu. Namioty stały, miały przedsionek i drewnianą podłogę. Zresztą do dzisiaj są w ofercie kempingu – Napfény Kemping Révfülöp. Więc było super!
Historia jest fajna, ponieważ tam dorastałyśmy, potem przyjeżdżałyśmy z siostrą i znajomymi na studiach. Przeżywaliśmy tam pierwsze miłości, imprezy w drewniakach, a nawet pełne i całkowite zaćmienie słońca 11 sierpnia 1999 roku! To było prawdziwe mistyczne przeżycie. Wtedy doświadczyliśmy, co to znaczy prawdziwe zaćmienie. Kiedy robi się chłodno, odlatują wszystkie ptaki, zaczyna wiać zimny wiatr i w samo południe robi się ciemna noc. Ciarki przechodziły po plecach. Nic dziwnego, że wieki temu ludzie myśleli, że nastąpi koniec świata. Coś niespotykanego, a rzeczywiście warto było się wybrać, ponieważ koleje tego typu zaćmienie w naszych europejskich rejonach będzie za kilkadziesiąt lat. W Polsce dokładnie 7 października 2135 roku. No tak…to już prawie kosmos. Fotki mam tylko jeszcze nie znalazłam…
Lata mijają, więc potem wielokrotnie jeździliśmy nad Balaton ze swoimi dziećmi i dalej pod namiot. Można napisać – kemping kilku pokoleń. Nasza ulubiona miejscówka to nie parcela, a ta blisko boiska do siatkówki. Zresztą widać na zdjęciu, cień był, trawka także, a najważniejsze, że cały czas na luzie. To też podstawa. Idealne miejsce do ładowania baterii, opalania, czytania i pływania. Woda w Balatonie może i mętna, ale kolor ma super i zawsze jest ciepła woda. A to istotne. Chociaż najważniejsi są ludzie, a najcenniejsze przyjaźnie, są te zawarte nad Balatonem i trwają do dzisiaj. Cudownie móc podróżować z super znajomymi.
Miejscowość Révfülöp jest urocza, klimatyczna. Molo, mnóstwo knajpek i restauracji, kino letnie, cyrk i kto co lubi. Do dzisiaj taka jest. Z rana idziemy na zakupy, niedaleko kempingu, ale na samym kempingu jest wszystko. Od kilku barów, sklepów, pralni, fryzjera, czy basenu. W pobliżu większego Balatonfured, do którego wybieramy się do Tesco na większe zakupy oraz przepięknego Półwyspu TIHANY.
Słynie on głównie z lawendowych wyrobów. Zapach unosi się w powietrzu, a smak lawendowych lodów jest obłędny! Mini papryczkowe sznury zdobią domy, jest bardzo klimatycznie. Na wzgórzu jest klasztor, z którego ogrodów rozciąga się wspaniały widok na cały Balaton.
Wokół jest kilka jaskiń, szlaków pieszych i wież widokowych Kilato. Wzgórza Badascony także na wyciągnięcie ręki. Szlak papieski, tak tam był nawet Jan Paweł II.
Stożki wulkaniczne tworzą ciekawy widok, a do tego można zrobić sobie na nie super tripy – z małymi dziećmi jak najbardziej. Szlaki nie są wymagające. Miasta jak z bajki, kuszące smaki i wciąż żywa magia tradycji wplatająca się w nowoczesność i innowacje. Odkrywanie Węgier może być inspirującą podróżą podczas szalonego rodzinnego urlopu, romantycznego wypadu, biznesowego wyjazdu albo aktywnej wyprawy. Pełne niespodzianek Węgry potrafią oczarować każdego, kto do nich zawita. Polacy od lat kochają Węgry i Węgrów, uczucie swe argumentując niewytłumaczalną więzią, jaka łączy oba kraje. Z tą sympatią nie przesadzajmy, ale jest miło.
Najmilej też na kempingu, gdzie im mniej naszych rodaków tym lepiej – ciszej, spokojniej, bez dziwnej muzyki i przede wszystkim kulturalnie. Wiem, że to nie jest miłe, ale taka prawda. Cisza i porządek jest. Staraliśmy się w naszym kraju jak mogliśmy – pobiwakować, niestety to przerosło nasze nerwy i cierpliwość. Różne miejsca, ale na serio się nie da. Nazwijmy to po imieniu szczyty chamstwa. Zastanawiające jest, że na Węgry nie jeździ śmietanka towarzyska z Holandii, Belgii i Niemiec – a kulturalnie było i jest zawsze. Nie ma darcia mordy nocą, pijackiego bełkotu i brudnych toalet, grilla gdzie popadnie i pijaństwa. Za to jest odpoczynek i kulturalne mówienie dobie z rana dzień dobry! Można można.
Sympatia do pięknej i gościnnej krainy sprawia, iż polscy podróżnicy wypoczywają tu chętnie i często, praktycznie o każdej porze roku. My zazwyczaj wybieraliśmy sierpień lub przełom lipca i sierpnia. Pogoda była zawsze. Czasami nie powiem gwałtowna burza potrafiła nas trochę przestraszyć, ale zawsze potem wychodziło słońce i można było cieszyć się wakacjami.
Pamiętać należy, że Węgry to także uzdrowiska, termy i basenowy raj. Gyula, Hajduszoboszlo czy Sarvar. Byliśmy i korzystaliśmy, a ceny o niebo niższe niż u nas. Cały dzień w pięknej pogodzie z dostępem do mnóstwa basenów, to cena u nas dwóch godzin.
Warto iść tym tropem, zobaczyć na własne oczy największe atrakcje Węgier, odkryć kameralne miasteczka, bajkowe zamki i ścieżki poza utartymi szlakami, skosztować lokalnych specjałów, zrelaksować się w nowoczesnych ośrodkach wellness, wyszaleć w aquaparkach oraz wypocząć w nowoczesnych hotelach gotowych na przyjęcie najwybredniejszych gości. Poza stolicą jest równie ciekawie. Wulkaniczne wzgórza Badacsony i pobliskie wzniesienia słyną z kultowego lokalnego produktu i są doskonałym kierunkiem nie tylko dla miłośników przyrody, ale też dla smakoszy win. Położenie góry bezpośrednio nad samym Balatonem ma bardzo korzystny wpływ na klimat, wspierając rozwijającą się kulturę winiarską trwającą od tysięcy lat. Wakacje nie tylko z winem, ale zdrowotne w wodzie serwują Kąpielisko Jaskiniowe w Miskolc – Tapolca czy Uzdrowisko Zamkowe Gyula, oferujące wachlarz usług odnowy biologiczne Wokół Balatonu odkryć można wiele malowniczych szlaków. Tam jeździ od lat część mojej rodziny i mama z koleżankami.
Jednym z bardziej urokliwych miejsc do polecenia jest Badacsony usadowiony po północnej stronie jeziora, naprzeciwko miasta Fonyód. To najwyższe wzgórze w kotlinie Tapolca – 438 metrów, znajdujące się między dwiema zatokami Balatonu. W Tapolcy mamy piękną jaskinię z podziemną rzeką. Iście kryształowa woda i rejs każdego zadowoli. Na wulkanicznym wzgórzu na gości przez 365 dni w roku czeka fantastyczna panorama. Teren ten należy do Parku Narodowego Balaton-Felvidéki i można tu spokojnie spędzić cały dzień. Częścią Parku Narodowego Wyżyny Balatonu, na północ od jeziora, jest Kotlina Káli.
Zawsze byliśmy gośćmi w HEVIZ – które są jednym z największych naturalnych kąpielisk termalnych na świecie. Woda przez cały rok ma stałą temperaturę- 28-38 stopni, więc jest to raj dla tych uwielbiających ciepło! Niedaleko jest miejscowość Keszthely. Piękny pałac Festetics zachwyca neobarkowa architekturą oraz kolorowymi nasadzeniami.
Wszystko warte zobaczenia. Obok jest także Muzeum Samochodów, każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet buddyjską STUPĘ W ZALASZANTO. Oaza buddyzmu na Węgrzech jest, a klimat tam jest iście azjatycki. Warto tam się wybrać, bowiem w Europie jest ich tylko kilka. W Polsce jedna w Darnkowie.
Nie można pominąć jednego pisząc o Węgrzech – winnicach. To dobro narodowe, z którego słynie ten kraj. Historia sięga tysięcy lat wstecz, a to dzięki korzystnym warunkom i wielu odmianom. Każda część Węgier ma swoje. Eger, Tokaj czy Villany. My zazwyczaj pijemy Szirkeborat. Winnice Badascony słyną z produkcji szczepu Olaszrizling. Przywozimy zawsze różne, w tym chyba najbardziej znane Egri Bikaver. Nie wiem jak bardziej mogę zachwalić ten kraj. Mogę tym, że byłam tam z własnymi dziećmi, znajomymi praktycznie co roku i do tej pory nam się nie znudziło.
Pytani nasi nastolatkowie, gdzie chcą pojechać – jednym głosem mówią nad Balaton do Révfülöp. Starszy powiedział kiedyś, że tam pojedzie ze swoimi dziećmi. Miłe. Wręcz bardzo miłe! Trzymam kciuki. Od pływania, luzu i bezpieczeństwa, po tenis. Ciekawy krajobraz, słoneczniki i winogrona, a przede wszystkim słońce to są nasze Węgry!
Nasze Balatonowe marzenia z kolei wciąż są do zrealizowania, bo nasz cel to jeszcze objechanie rowerem wkoło tego największego jeziora w Europie. Nie jest to nie wiadomo jaki wyczyn, ale zawsze brakuje nam czasu. Jak objadę to opiszę tę przygodę na pewno.
SĄ DWIE TRWAŁE RZECZY, KTÓRE MOŻEMY DAĆ W SPADKU NASZYM DZIECIOM: PO PIERWSZE TO KORZENIE, DRUGA – TO SKRZYDŁA.


























