• Menu
  • Menu

KARAIBSKIE KLIMATY – CZYLI PANAMA I KOSTARYKA W JEDNEJ PODRÓŻY

Julia Ot

Zwiedzanie Panamy i Kostaryki na własną rękę i jak to zrobić tanio i w dwa tygodnie oraz jak w jeden dzień zdobyć najwyższy szczyt Panamy – BARU – 3474 m n.p.m. Relacja z 28 X 2022 – 15 XI 2022.

Jak wiele naszych wyjazdów, ten do Panamy i Kostaryki urodził się z uwagi na tani bilet – kupiony w maju 2022 roku za 1600 zł w dwie strony KLM – lot Berlin – Amsterdam- Panama City, powrót Panama City-Paryż-Berlin. To głównie zaważyło na tym, że po wielu latach azjatyckich jesiennych wyjazdów, zdecydowaliśmy się zmienić destynację i poznać Amerykę Środkową.
TAK – jest bezpiecznie, nie odczuliśmy w żadnej sytuacji zagrożenia. Jedyny minus to komunikacja w języku angielskim, ale mimo nieznajomości hiszpańskiego daliśmy radę.

NIE – potrzebujemy wizy – jedynie niewielkie opłaty na granicy drogą lądową, czyli tak jak my. Inaczej jest lotem – cena to około 30 USD.

Nasz wyjazd do Kostaryki 520 lat po tym, jak dotarł tam w 1502 roku Krzysztof Kolumb. Było tam wówczas wiele złota i z tego powodu miejsce zostało nazwane Costa Rica bogate wybrzeże . Ale tak na prawdę karaibskie wybrzeże to inny wymiar rzeczywistości, każde miejsce ma swój niepowtarzalny charakter. Możesz je pokochać lub nie. Piękne palmy, jasne i czarne plaże, kolibry, egzotyczne zwierzęta na każdym kroku. Wulkany, wodospady, rafa koralowa i wiele nieodkrytych przez nas miejsc.

Obywatele RP zwolnieni są z posiadania wizy do Kostaryki, jeżeli zamierzają tam przebywać krócej niż 90 dni. Paszport musi być ważny minimum 6 miesięcy po dacie wjazdu. Przy wjeździe wymagane jest okazanie biletu powrotnego, ponadto służba graniczna może nakazać nam pokazanie posiadania środków na pobyt. Nic takiego nie sprawdzano.

PANAMA CITY stolica robi wrażenie, drapacze chmur prawie jak w Dubaju – centrum Ameryki Środkowej, . Pierwszy wieczór szybko zwiedzamy Casco Viejo z prawdziwą historią o piratach w tle i ta filmową – nagrywano tam Quantum of Solance – Bond jest wszędzie. Panamska kameralna starówka znajduje się na liście UNESCO. Założono ją w 1673 roku z inicjatywy A.Córdoby na niewielkim, wciskającym się w Zatokę Panamską, półwyspie. Ładnie i klimatycznie. W drodze powrotnej zatrzymamy się w centrum.

Podróżowanie nie zawsze bywa łatwe i przyjemne, szczególnie jak ma nie być drogo! Kilka razy zmieniliśmy wersje trasy, najpierw maił być lot do San Jose, ale bilet tak podrożał, że wyszło prawie jak za lot główny-1200 zł. Więc padło na Tica Bus. Po noclegu w fajnym i przyjemnym hostelu Magnolia Inn w Casco Viejo o 7 rani mieliśmy autobus z Albrook Terminal do San Jose. Tak – podróż trwała 16 godzin, ale nie było żle. Cena 50 USD – bilet kupowaliśmy jeszcze w domu. Przystanki na jedzenie, toaleta, nie było zimno, jak czytaliśmy, podróż mimo tylu godzin była przyjemna i bezpieczna. Żadnych incydentów z kierowcą, fajne widoki. Mijaliśmy kilometr za kilometrem. Na granicy w Paso Canoas byliśmy o 15.30, a w stolicy o 23.30. Za granicą minęliśmy Półwysep Osa, który obecnie stanowi najbardziej dziki teren Kostaryki. Wszędzie oczywiści nie jesteś w stanie dotrzeć podczas jednego wyjazdu. Stąd już na samym początku skupiamy się kilku punktach i miejscach, do których chcemy dotrzeć. One stanowią priorytet i do tego dopasowujemy noclegi. Tym razem nocleg z uwagi na nocną porę był w hostelu – blisko terminala. Czysto i spokojnie, nie mieliśmy żadnych obaw.

Dwa dni – 4 stolice, 4 kraje i 2 kontynenty i tak całkiem sprawnie wyszło. Oprócz 2 kontroli bagażu, stania 2 godzin po pieczątki w paszporcie, zmęczenia i opuchniętych nóg jest OK. Zobaczymy co dalej, czy raj okaże się rajem. Na razie granica Paso Canoas nie zachęciła. No, ale nie zawsze świeci słońce.

Na chłopkach największe wrażenie zrobiły stare amerykańskie ciężarówki – jak z filmu. Ten dźwięk i wygląd. Po drodze jeden z kierowców nawet zaprosił nas do takiej, posiedzieliśmy w środku, ciekawie, dla nich to po prostu dom!

Ale nie będę nikomu mydlić oczu. Po noclegu w stolicy Kostaryki – do 9 godziny mieliśmy już zwiedzone wszystko – powiedzmy. Pomnik Szopena przy Teatrze Narodowym – najważniejszym zabytku San Jose. Wypożyczaliśmy auto z ulotki w hostelu, przyjechało dwóch panów, podpisaliśmy umowę, kaucja była straszna, ale wszystko potem było w porządku. Nic nam nie zblokowano, a cena za auto to 242 USD za 4 dni za 5 osób. Nie było tak strasznie. Niezależność kosztuje.

San Jose d… nie urywa, trochę rozczarowani, ale nie o miasta nam chodziło…ruszamy dalej w stronę lasu deszczowego i mglistego…. 🌴🦥🌳🦜🎋🦅 Dotarliśmy do największego bioróżnorodnego zakątka ziemi, nigdzie nie ma tak bogatych w gatunki i ekosystemy miejsc na świecie.

Pierwszy stop na naszej kostarykańskiej mapie to wulkan Poas w Parku Narodowym. Jeden z najbardziej aktywnych wulkanów Ameryki Środkowej. Pamiętajcie bilety trzeba kupić on line, a pomimo karty SIM kupionej za 9 USD w San Jose, tam akurat nie było zasięgu. Ale karta służyła nam praktycznie do końca podróży, ponieważ działała również w Panamie!!!

I tak z lekka marznąc ponieważ wulkan leży na wysokości 2500 m n.p.m., prosząc panią w okienku, żeby nam pomogła, a nie była miła, więc w końcu po prawie 45 minutach podała nam hasło do wi-fi. Udało się, bilety kupiliśmy, idziemy i co…nic mgła, totalna mgła i niestety nie udało się zobaczyć jednego z największych kraterów świata. Jeden plus – to najbardziej aktywny wulkan Kostaryki i spał! Wynagrodzeniem były piękne widoki okolicy Heredia i podziwiane z bliska kolibry w jednej z przydrożnych knajpek. Ryba idealna i bardzo miło. Po drodze kupiliśmy jeszcze swojskie sery sprzedawane przy małym wodospadzie, były smaczne.

O zmroku docieramy do celu – czyli okolicy LA FORTUNA, która oczarowała najbardziej. Najróżnorodniejszy ekosystem świata, pół miliona gatunków roślin i zwierząt. Mieliśmy trochę szczęścia, ponieważ była fantastyczna pogoda i wiedzieliśmy ciekawe okazy zwierząt🦥🦅🦜Największy wypas to polecony nam Hotel Los Lagos Spa & Thermal🌴 idealna lokalizacja u podnóża wulkanu ARENAL🌋niesamowity teren z termalnymi źródłami itp.

Mało turystów, cisza i spokój. PURA VIDA – tutaj to hasło odczuwamy w pełnej postaci. Mnóstwo basenów i zjeżdżalnie. Roślinność niesamowita. Głównie amerykanie, ale spotkaliśmy dwie super pary z Polski. Zawsze fajnie jest wymienić się informacjami i miło spędzić wieczór. Do tego stopnia, że z mężem po ciemku, zafascynowani świetlikami i odgłosami lasu, prawie weszliśmy na Arenal, a nie do naszego domku na samej górze. Teren hotelu to kilka hektarów, do stołówki 2 km, ale jeździ bus na telefon! A jak się okazało drinki w wodach termalnych … to nie jest dobry pomysł.

Poza odpoczynkiem, ruszyliśmy szukać leniwców, jednego z najbardziej niezwykłych zwierząt świata oraz na spacer 16 mostami w Mistico Hanging Bridges, odwiedziliśmy także wodospad La Fortuna. Pamiętajcie rezerwacje tych wszystkich atrakcji także są on line. Ceny do 20 USD od osoby.

Parki zamykane są o 16 o czym należy pamiętać przy planowaniu dnia. Akurat w tej części świata wstawaliśmy jak skowronki o 5-6 rano, więc mieliśmy długi dzień. Po pobudce trening codzienne wejścia na punkt widokowy w hotelu, nie małe podejście, po to żebyśmy mieli przygotowanie do Baru. Nie mylić z barem, ale najwyższym wulkanem Panamy, który był naszym celem.

Kilka razy byliśmy w miasteczku, ponieważ hotel był za miastem. Z każdego miejsca widać majestatyczny wulkan. Bogatej oferty kulinarnej tam nie ma, wszechobecny kurczak w stylu KFC oraz frytki do wszystkiego. Oczywiście ich podstawowa potrawa casado – z równie wszechobecną czarną fasolą, do tego smażony banan warzywny – platan, kukurydza i jajo. Kto co lubi. Jedzenie nam tam nie przypadło do gustu. Najlepsze były tortille i tacos z nadzieniem. Odwiedziliśmy cmentarz, zaintrygowani pomnikami z różnego rodzaju kafelek. Ciekawe doznanie, zupełnie inaczej nisz u nas.

Po idealnym wypoczynku w La Fortunie, wracamy do San Jose oddać auto, które daje niezależność i dzięki temu podziwialiśmy piękne widoki na powrocie wzdłuż pasma Cordillera.

Kolejny przystanek to Puerto Viejo – Karaiby w czarnym wydaniu – czyli czarne plaże i takie same klimaty, jakoś bez szału. Smród i narkomani siedzący na wybrzeżu – dlatego też szybko rano w bus i kierunek granica Sixaola. Bilet około 7 USD.

Puerto Viejo – widok z przystanku autobusowego

Ciekawe doświadczenia, przekraczanie granicy ponownie na piechotę, mostem. Jak widać KOSTARYKA jak i KARAIBY mają różne oblicza. Podsumowanie – okolice La Fortuny THE BEST👍 reszta nie zachwyciła, jedynie przyroda🌴🍍🦥🦅🌋wspaniała!!! Jedzenie to dramat, ryż z fasolą i kurczak z frytkami, nic dziwnego, że panie tam są delikatnie mówiąc grubej kości. No i ceny, które powalają z nóg. Jedyny plus nie chciało się jeść😜

Z ciekawostek historycznych prezydent Kostaryki Theodor Michalski (1944/48) był Polakiem. Nie ma wojska, za to jest bardzo dużo policji. Jest ekologicznie, prawie 100 procent energii pochodzi ze źródeł odnawialnych.

Ticos – bo tak o sobie mówią nie mają armii, nie rozmawiają o polityce, ale żyją z dewizą SLOW LIFE. Leniwce idealnie pasują do tego kraju🦥To był jakiś dramat, poproszenie o dwie rzeczy czegoś, to była rozmowa ślepego z głuchym. Resztę idealnie oddaje powiedzenie – Europejczycy mają zegarki, a Kostarykanie czas!

Nie chcę nazwać tego gorzej. Idealnie wszystko, łącznie z tym jak zamieszkać na Kostaryce, a raczej jak nie -opisuje książka G. Obrąpalskiej „Przystanek Kostaryka”- super lektura dla każdego, kto chce opuścić nasz „cudowny” kraj! I zamieszkać w RAJU! Costa Rica ! Pura VIDA! Moim skromnym zdaniem-przereklamowane. Ale jedno przyznam odpoczęliśmy tam trochę 😎

„Turysta widzi to, co przyjechał zobaczyć. Podróżujący widzi to, co ma przed oczami” – G.K. Chesterton.

Next stop to Archipelag Wysp Bocas Del Toro. Dojechaliśmy tutaj busem za 2.210 colones z Puerto Viejo do Sixaola, tu opłata na granicy 9 USD, potem po około 10 USD za busa do Almirante. Łódż 5 USD od osoby na wyspę. Tutaj zatrzymaliśmy się na wyspie Bastimentos w domku ATARAXIA. Totalny spokój, kameralnie – my i 3 holendrów. Super śniadania i pyszne kolacje! Idealnie, choć nie do końca – trochę śmieci na wyspie jest. Ale jak wszędzie już na świecie. W każdym razie podziwiałam delfiny o poranku, czerwoną żabę przy śniadaniu, cudowne widoki i dziko jeszcze tam jest!!!

Co dzień spacerem przedzieraliśmy się pomiędzy namorzynami, a dżunglą do kolorowej osady OLD Bank – klimaty reagge i tylko tam można usłyszeć dialekt wari – wari. Jest to mix hiszpańskiego, angielskiego oraz indiańskiego guayami. Popłyneliśmy na bezludną wyspę CAYO ZAPATILLA, po drodze podziwiając delfiny, a także ukryte w zaroślach leniwce. Tutaj było ich najwięcej, więc mogliśmy poznać je bliżej. Więcej zdjęć i filmików na Instagramie * OT_LOVE_TRAVEL

ISLA BASTIMENTOS jest pełna atrakcji, natura niesamowita, gatunki zwierząt, których na co dzień nie zobaczymy, mieszkańców tego regionu na wyciągnięcie ręki. Idealne miejsce dla fanów spokoju, bliskich spotkań z naturą!!!

Jedna piesza wycieczka była również niesamowita, do Wizard Beach. Na początku mega fajnie, kilka ichnich domów, i dżungla. Pola uprawne, piękne łąki ze zwierzyną, nawet policja robiła obchód wąską ścieżką. No i zaczęło się dalej, my w klapkach, a tu pod górkę, z górki, i błotko trochę było. Z początku ślizgając się i trzymając zieleni, nie dawaliśmy za wygraną. Rozsądek i jeden niezły ślizg, padło hasło wracamy. Jedna para nie dała za wygraną i doszła do plaży. A my w tym czasie wróciliśmy i barze skonsumowaliśmy frytki, poczekaliśmy na tych odważniejszych, i już pędem przez namorzyny i skacząc z jednej drewnianej kładki na drugą z obawy przed kajmanami i ciemnością pędziliśmy do Ataraxii na kolację.

Na RED FROG BEACH również warto zajrzeć, a przy kąpieli uważać na mega fale. Porywają okulary. Kolejna przygoda, niezbyt komfortowa dla mojego męża, ale pomimo braku dobrej widoczności, kolejne cele zostały zrealizowane.

Fajnie tam było, luz, nikogo, przyroda, podziwiam właścicieli Europejczyków z malutkim dzieckiem, że rzucili wszystko i tam zamieszkali. Holendrzy też mieli swoją historię, wyprowadzili się do panama City, a tam przylatują nasycić się urokami tego miejsca i spokojem. Byli z przyjaciółką, która jako pierwsza po 3 latach od zamieszkania tam, oprócz ich dzieci ich odwiedziła. Powiedzieli nam, że tęsknią za synami i psem, który żle znosił przeprowadzkę do Panamy, ciągle łapał jakieś choroby i musiał wrócić do Europy. Raj ma też swoje ciemne strony. I nie jest tak kolorowo, jak się nam wydaje.

Opuszczamy 7 listopada Karaiby, wsiadamy do busa w miejscowości Almirante i udajemy się w 5 godzinną podróż w góry do miejscowości Boquette. Widać różnice w pogodzie, a my modlimy się o okno pogodowe. Mamy tam dwie noce i jeden dzień, żeby wejść na wulkan BARU.

Nocujemy w świetnym HOSTELU SELINA – podzieleni – jedni śpią w pokoju, drudzy w beczkach – ciekawie!

Wulkan BARU 🌋 3474 m n.p.m. – Volcan de Chiriqui – najwyższy szczyt górski w Panamie, w paśmie Cordillera de Talamanca – dzisiaj zdobyty! Jest to wygasły stratowulkan, leży obok miasteczka Boquete. Po to też w sumie tam pojechaliśmy. I niech nam nikt nie mówi, że wejście jest łatwe, no i może jeszcze nocą! Dla wprawionych w bojach ok, ale i tak nei jest lekko. Wyruszyliśmy spod bramy Parque Nacional Volcan Baru o 8.20 rano pogoda w miarę, wiem stanowczo za późno. Ale tak wyszło. Oznakowanie od samego początku niezbyt – 1 ich kilometr to nasze 3, kamienie i głazy oraz dużo błota, jedna ściana po prostu 5 km non stop pod ostrą górę. Na początku piękne widoki, kwiaty, białe dalie na łące. Mijaliśmy platformę do tyrolki i żywego ducha nie było.

Nie mówię, że miało być lekko, ale po 12 km padałam na ryj! Dzięki Łukaszowi weszłam ♥️ No bo byliśmy już przed charakterystycznymi nadajnikami, mokrzy jak szczury, od deszczu i potu! Masakra. U góry dwie ławki, nawet żadnej wiaty, żeby schować się przed burzą czy deszczem 😂 A do krzyża jeszcze kawałek – stromo i niezbyt bezpiecznie w tej mgle. Fota krzyża 100 m przed, nie ryzykowaliśmy wejścia pod sam krzyż, bo już kompletnie nic nie było widać. A przed nami 17 km w dół i w niezbyt dogodnych warunkach. Rzeki deszczu płynęły już w dół. Po drodze nikogo, żadnych aut wjeżdżających tam, tylko jedna para schodząca z przewodnikiem. Nasza klasyczna złota czwórka ( Aneta i Seba 🏆 ) od specjalnych wejść i zadań cało i zdrowo zeszła na dół.

Zdobywcy. W sumie tak. Łącznie wyszły ponad 34 kilometry w 8 godzin – oceńcie sami. Uważamy, że czas i tempo było dobre. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że na Baru nigdy już więcej nie chcemy wchodzić, bywały ciekawsze i łatwiejsze trasy☺️ Ale dla doświadczonych wspinaczy czy taterników – why not! Może przeczytam kiedyś o tych wrażeniach. Nie zawsze jest lekko i przyjemnie. A nie lubimy się poddawać 🌋🇵🇦😅 Kolejny wpis – najpiękniejsze naszym zdaniem miejsce w Panamie – Archipelag Wysp San Blas. Zapraszam do RAJU….

„Kto nie ma odwagi do marzeń, nie będzie miał siły do walki” – Paul Michael Zulehner.

Na wulkanie Baru