TAJLANDIA – początek przygody. Z plecakiem, bez dzieci, z nowym planem na życie i chęcią zobaczenia, poznania, doświadczenia, posmakowania – po prostu wszystkiego – azjatyckiego jak najwięcej.
Odwaga, by zostawić w domu dzieci, by ruszyć w świat, tak przyznaję i trochę egoizmu też. Ale tak już zostanie, że w każde jesienne niepogody lecimy tam, gdzie ciepło. Tak – matce też należy się trochę odpoczynku, a szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. I tak w 2012 roku po raz drugi po Chinach, a dzięki koledze i fanowi tego typu podróży udało się zwiedzić i poznać jak na początek kilka fajnych miejsc w Tajlandii.
Nr 1 – Park Narodowy Mu Koh Surin. Wyspy Surin to archipelag pięciu wysp na Morzu Andamańskim, my speed boatem z portu KHURA BURI po upojnej nocy spędzonej na przystanku rybnym, a następnie znalezieniu miejsca skąd odpływały łodzie i możliwości powiedzmy krótkiego zdrzemnięcia się na stołach, okazało się, że trafiliśmy idealnie. Tak z tego portu dopłynęliśmy do RAJU. A dokładnie na wyspę Ko Surin Neua.
Przycumowanie na plaży MAI NGAM BEACH było wisienką na torcie. Skok do wody i tylko my. Wyspa oferowała namioty na plaży i kilka drewnianych domków. Decyzja domek. Do dziś pamiętam dźwięk cykad nocą i płynięcie wpław na drugą wyspę i wyławianie wielkich muszli. Każdy z nas był przez kilka dni jak Piętaszek. Oczywiście przygód mnóstwo, jak na jedną małą wyspę. Małpie kradzieże butów, przegląd tego co było w plecakach, to też małpia robota. Za mało wymienionych bathów i jedzenie jednego omleta na spółkę. Przypływy i odpływy. Opowieści tajskiej treści. W każdym razie niepowtarzalne wrażenia, cudowne wyspy, rafa, rybki, żółwie itp i itd. Są miejsca, które już nigdy nie będą takie same. Dlatego odwiedzajmy je póki są.
Przez wiele lat wyspy Surin były jedynie okazjonalnym schronieniem dla rybaków uciekających przed sztormami i domem niewielkich społeczności morskich cyganów. Plemiona MOKEN morskich nomadów mieszkających na wybrzeżach Birmy i Tajlandii spotkaliśmy w Parku Narodowym Mu Koh Surin. Niewiele wiadomo o ich pochodzeniu. Najprawdopodobniej pochodzą od ludów austronezyjskich, które około 4 tysięcy lat temu wyruszyły z południowych Chin. Mokenowie większość roku spędzają na morzu, na flotyllach kabangów – łodzi sporządzonych z pojedynczych pni drzew.
Na dłużej Mokenowie przeprowadzają się na ląd tylko w porze monsunowej, którą przeczekują mieszkając w prowizorycznych chatach. Plemię żyje w taki sposób od wielu stuleci, mieliśmy szczęście, że mogliśmy ICH zobaczyć.
Dopiero w latach 80-tych XX wieku utworzono z pięciu wysp park narodowy. Wcześniej wyspy nie przyciągały na szczęście uwagi wielkiej liczby turystów, zresztą teraz także nie są zbyt oblężone, porównując z innymi wyspami Tajlandii. Nie ma turystów i nie ma śmieci. Tropikalny raj, jak z pocztówki.
Wokół wysp znajdują się rafy koralowe, podobno jedne z najciekawszych w Tajlandii, ja już nigdy potem nie widziałam i nie wyławiałam tak dużych muszli, no tylko na San Blas.
Płynęłyśmy wpław na kolejną mniejszą, gdzie było lądowisko dla helikoptera w dżungli. Mega miejscówka. Muszle do siatki i z powrotem. Oczywiście zostały na wyspie, no może klika mniejszych przyleciało do Polski. Do nic nie robienia na wyspie, dochodziły spacery po dżungli i pływanie.
Oprócz kilku domków jest kilka namiotów przy plaży. Mieliśmy szczęcie, że nocleg mieliśmy w chatach. Prąd był tylko przez dwie godziny. To wtedy nikomu nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie było bardzo klimatycznie i dziko.
Małpy, nietoperze, idealnie krystaliczna woda, odgłosy cyklad wieczorem, po prostu inny wymiar odpoczynku.
Idylliczne miejsce, spokój, chill i pamiętajmy o gotówce, my zapomnieliśmy wymienić i musieliśmy na serio jeść to co było w plecaku. Czyli praktycznie nic.
Dojazd do Khura Buri z Phuket czy Krabi to około 5 godzin jazdy. Z portu płyniemy speed boatem za 1700 bathów.
Opłata za pobyt w Parku Narodowym – Thai National Park MU KO SURIN – 500 bathów od osoby.
Noclegi można rezerwować na stronie oficjalnej parku – thainationalparks.com – 4 osoby to koszt 3.000 bathów – czyli 365 złoty za dobę.
Tajska przygoda okazała się jak z cytatu Ryszarda Kapuścińskiego –
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.

















