TO NIE SEN, BYLIŚMY NA JAWIE. Czyli jak zjechać w głąb ziemi – do Goa Jomblang i zobaczyć cuda architektury buddyjskiej i hinduskiej. Być na wyspie kilkudziesięciu wulkanów i nie wejść na żaden. Monumentalne Prambanan i Borobodur – największa buddyjska świątynia świata. Co warto i co trzeba zobaczyć? Zwiedzanie Jawy na własną rękę.
JAWA – wyspa wulkanów i indonezyjski skarbiec historii. W całej Indonezji jest 300 w tym 150 czynnych wulkanów, z czego 35 czynnych na Jawie, a cały kraj leży w tzw. Pierścieniu Ognia. To strefa częstych trzęsień ziemi i erupcji wulkanicznych otoczonych przez Ocean Spokojny.
Jawę zwiedzaliśmy w 2018 roku przy okazji rodzinnego i nie tylko tripu 10 osób – Gdańsk – Warszawa – Singapur – Yogyakarta – Bali – Singapur – Warszawa – Gdańsk. Lot polskim LOT – em w cenie 1800 zł w dwie strony. Pozostałe loty w Azji to około 500 zł. Singapur odwiedziliśmy po raz chyba czwarty, ale tam zawsze jest co robić. O mieście LWA będzie osobny post.
Na Jawie trafiliśmy na nocleg do Yogyakarty do Hotelu The Grand Palace Hotel, który był bazą wypadową do perełek tej wyspy. Tego nie da się opisać, tam trzeba być.
Bangkok to spokój. Fakt ten tłumaczy już sama liczba mieszkańców JAWY – około 150 milionów ludzi. Ta liczba robi wrażenie. To czwarte co do liczby ludności państwo świata, a 15 dopiero pod względem powierzchni. Od XVI wieku podporządkowana Holandii. Kiedyś stolica Indonezji. Dlaczego tam? Ponieważ na wyspie znajdują się najstarsze zabytki kultury hinduskiej i buddyjskiej – BOROBODUR i PRAMBANAN. Są równie monumentalne, co zagadkowe. Mistyczne miejsce, do którego pielgrzymują mieszkańcy całej Indonezji. Po drugie leżą u podnóża wulkanu MERAPI.

Gunung Merapi czyli Góra Ognia. Czasami zapominamy, że większość tych wulkanów jest czynna. Czyli w każdej chwili może dojść do erupcji. Tak zwyczajnym językiem mówiąc. Naukowcy szacują, że Merapi wyemitował największą ilość materiałów piroklastycznych ze wszystkich wulkanów na świecie. Dym wydobywający się z wulkanu widoczny jest średnio przez 300 dni w roku. Przy naszej wizycie też tak było i jedyna możliwość, żeby móc go odwiedzić to wjazd Jeepami na jego zbocza. Fajna atrakcja, ale do dziś mamy przed oczami pozostałości jego strasznego w skutkach wybuchu z 2010 roku, co pokazuje muzeum, a raczej pozostałości tego co zostało z domów itp. Kolejna erupcja była rok po naszej wizycie w 2019 roku. Czyli nigdy nie wiesz co kiedy i jak. Ale moim celem były głównie zabytkowe świątynie – hinduska Prambanan i buddyjska Borobodur oraz punkt trzeci tej wyspy – jaskinia – Jomblang CAVE. Czyli oczywiste i nieoczywiste miejsca na Jawie.

Te dwie monumentalne świątynie – buddyjski Borobodur i hinduski Prambanan to po prostu magiczne miejsca. Borobodur to stupy, przypominające dzwony kryjące posągi Buddy. Świątynia pod każdym względem wyjątkową – zbudowana w nietypowym miejscu, bo na wzgórzu, z lotu ptaka układa się na wzór mandali. Jest jedną z największych buddyjskich świątyń na świecie. Wpisana na listę UNESCO. Nic dziwnego. Fantastyczna i tajemnicza. Jej ściany pokrywa prawie 2700 płaskorzeźb i 504 Buddów, reprezentującymi jego różne wcielenia. Widok wspaniały i jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. To jakby przeniesienie w czasie.
Sir Raffles ( zresztą założyciel Singapuru ) w 1811 roku usłyszał od tubylców o tajemniczym miejscu w dżungli i zlecił holenderskiemu inżynierowi znalezienie świątyni. Odsłonięto ruiny, które stanowią największą atrakcję Indonezji. Tego samego dnia odwiedziliśmy także PRAMBANAN największy hinduistyczny poza Indiami kompleks świątyń. Niedaleko Jogyakarty i wulkanu Merapi. Bilet łączony jest tańszy – koszt obecnie to 45 USD, wtedy 40. Przypominało nam odwiedzone rok wcześniej kambodżańskie Angkor Wat. Wiekowo Borobodur starsze od Angkor o 30O lat. Chociaż o wiele mniejsze. W kompleksie świątynnym Prambanan mieliśmy wrażenie, że jesteśmy jedynymi białymi, miło jak wszyscy z Twoim ukochanym chcą zrobić sobie zdjęcie. Jak się okazało tak jest zawsze z innymi turystami – szczególnie o jasnej karnacji. W każdym razie mega miłe. Do dziś to moje ulubione zdjęcia i miejsce!
Ale mieliśmy jeszcze inny cel – JOMBLANG CAVE. Jej wejście jest ukryte, najpierw musimy pokonać na linie 60 metrów w głąb zalesionego krateru, gdzie zjeżdżamy w dwie osoby. Kalosze dostaliśmy na miejscu. No dobra nie wszyscy, Łukasza rozmiaru nie było, więc musiał poświęcić swoje adidasy.
O tej jaskini gdzieś przeczytałam, ale żadnych informacji po polsku nie było. Więc tym bardziej mieliśmy wyzwanie i nie szablonowe miejsce do zdobycia. JOMBLANG CAVE. I tu zaczęły się schody, ale nie w głąb ukrytej jaskini, tyle po drodze do celu. Kierowca najpierw stwierdził, że było trzęsienie i droga ,pękła’ i nie da się dojechać. Żart nic takiego nie działo się w ostatnich dniach, co potwierdziłoby ten fakt. Więc jedziemy, a Pan zawozi nas na spływ rzeką w pontonowych oponkach, masakra, nie to było w planie. Upiera się, że do jaskini nie dojedziemy. Czas goni, bo z tego co znalazłam w necie, może tam zjechać określona liczba osób dziennie – 75 osób i cały bajer polega na tym, że w samo południe przez okrągły otwór w jaskini padają promienie słońca tworząc spektakularny widok wewnątrz kolejnej jaskini, do której musisz brnąć w mega błocie i najpierw zjechać na linie ponad 60 metrów w dół! Jest czad! Warto było włączyć internet i sprawdzić trasę. Fakt trochę mnie ta zawziętość kosztowała, nie wiem dlaczego nie kupiliśmy SIM karty, ale bywa. Uczymy się cały czas. Nie było daleko i droga też była raz przejezdna, raz mniej. Wtedy nasz super driver stwierdził znowu, że nie jedzie. Kierowcy oświadczyliśmy, że wysiadamy i idziemy na piechotę. Zdziwiony naszym zacięciem w końcu powiedział: ok, ok. Dotarliśmy do celu. Pomijam rachunek jaki dostałam za telefon w kraju. Cena zaś samego wejścia to około 170 zł – ale łącznie z całym osprzętem. Weźcie skarpety, bo tak na gołą syrę włożyć te kalosze to trochę nie bardzo.
Dziękuję zawsze za super ekipę, bo nie zawsze jest cudownie i sprawnie. Dlatego razem raźniej. Najlepszym momentem w podróży jest zawsze nasze zadowolenie, że sami daliśmy radę, że widzimy cudowne miejsca i ludzi i nikt nigdy nam tych widoków nie zabierze. Jaskinia JAMBLANG CAVE to nie tylko zjazd 60 metrów w dół, to przejście do wielkiej komnaty. W jej środkowej części jest otwór przez który promienie słońca oświetlają wodospad tzw. Światło Boga.
Czy było warto, bardziej niż warto. To była jedna z ciekawszych rzeczy jakie dotychczas zrobiłam. Pomijam fakt strachu, zawsze mały jest, błota, kłótni i dyskusji z kierowcą, od tego to już jestem specjalistką w każdym kraju. Ale nie ma się czym chwalić. Nie lubię tych …dotyczących ceny, liczby osób itp. Czasami nie jest przyjemnie i miło uwierzcie. Ale grunt to nie dać się zrobić w … Ta jaskinia i zjazd do niej to było coś rewelacyjnego. Duża dawka zadowolenia z widoków i siebie. Nawet fajnie było brnąć w ciemnościach przez wielką jaskiniową komnatę z mnóstwem błota, co niektórzy musieli być odrywani od niego jak żaba przyssana do sadzawki. Ale to jest przygoda!
Po szczęśliwym zjeździe, potem wjeździe i już prawie końcu tej przygody, patrzę i nie wierzyłam. Kilkunastu Jawajczyków wciąga na trzy cztery linę z ludźmi. Dopiero po dowiedziałam się, że to wszystko nie wciągarka czy coś, tylko siła ludzkich rąk. Tym bardziej ciekawie. Polecamy przygodę w jaskini i nie tylko.
Jaskinia w latach siedemdziesiątych była miejscem mordu indonezyjskich komunistów, których zrzucano w tą 60 metrową przepaść. Z ciekawszych historii – to w 2011 roku nagrywano program Amazing Race America.
Nasz “amazing race asia” – po mału na Jawie dobiegał końca. Jeden z popołudni i wieczorów zdołaliśmy zwiedzić pałac sułtański w Yogy – KERATON, potem uczestniczyć w przedstawieniu teatru cieni z udziałem papierowych lalek. Przy dźwięku indonezyjskiej muzyki – szczerze dla koneserów. To kolejny powód, dla którego idealnie zwiedzać jest na własną rękę. Nie podoba się spadasz i lecisz dalej, do kolejnego punktu w planie wyjazdu. Nie czekasz, nie męczysz się, nic nie musisz. A najlepsze, że zawsze można zmienić plan na inny może ciekawszy, może lepszy. Nie będziesz też mieć do nikogo pretensji, ewentualnie do siebie.
Wyspa to także przyroda, jawajska tropikalna dżungla jest równie niesamowita. Podczas czy to przejazdu pod wulkan Merapi, czy do jaskini podziwia się nie tylko życie zwyczajnych ludzi, ale to jaka jest prawdziwa wyspa. A jest niesamowicie różnorodna.















