
GRUZJA 🇬🇪 საქართველო między Kaukazem, historią i wolnością – relacja z wyjazdu druga połowa września 2023
Drugi raz, ale już inaczej… skalne miasta, wojenne drogi i kolejny zachwyt tym niesamowitym krajem.
Gruzja od pierwszych chwil nie próbuje być „ładna”. Ona od razu chce zachwycić. I robi to skutecznie. Tym razem z całą ekipą naszych przyjaciół – dwa duże auta terenowe odbieramy na lotnisku w Kutaisi. Szkoda, że znowu zniknęły loty z Gdańska, bo na pewno byłby kolejny plan. Jedno auto 4 osoby, drugie 6 osobowe i ruszamy. Pierwszy nocleg około godziny drogi od lotniska na wylocie za miastem, w starym komunistycznym, wielkim hotelu, ale ok, smaczne śniadanie jak zawsze to podstawa. Zjedzone – tam jednak dalej czujesz swojski smak mleka, sera czy twarogu, i to jest to. Ruszamy.
Naszą podróż zaczęliśmy od Uplisciche starożytnego miasta wykutego w skale, często nazywanego gruzińską Petrą. To najstarsze skalne miasto w kraju, położone malowniczo nad rzeką Kurą, najdłuższą rzeką Gruzji. Spacerując pomiędzy wydrążonymi w skałach uliczkami, świątyniami, dawnymi winiarniami, piekarniami czy teatrem, można naprawdę poczuć ducha starożytności. Dawniej było jednym z najważniejszych centrów politycznych i religijnych Iberii, czyli dawnej Kartlii. Dziś pozostaje bezcennym zabytkiem i kandydatem do wpisu na listę UNESCO.
I właśnie tam poczuliśmy, że Gruzja to nie tylko kierunek podróży. To klimat, historia i emocje. Poczęstunek gruzińskim winem – jego wieloma smakami – dopełnił nasz zachwyt. I smak wina pozostał z nami do samego końca.
Potem było Jezioro Żinwali turkusowa tafla wody otoczona górami wygląda wręcz nierealnie. Obok majestatyczna twierdza Ananuri z dwiema cerkwiami, jakby pilnowała całej doliny od setek lat. Gruzja ma niezwykły talent do miejsc, które wyglądają jak gotowe kadry z filmu.Zanim dotrzesz do samej twierdzy, Twoją uwagę przykuje niesamowity, niemal nierzeczywisty odcień wody. Jezioro Żinwali (Zhinvali) to tak naprawdę sztuczny zbiornik retencyjny, który powstał w latach 80- tych XX wieku po zbudowaniu zapory wodnej na rzece Aragwi.

Turkusowy kolor wody w połączeniu z otaczającymi go zielonymi wzgórzami tworzy krajobraz jak z bajki.
Ciekawostka: Pod wodami zbiornika Żinwali kryją się dawne wsie, a także pozostałości starych zabytków i dróg, które zostały zalane podczas budowy zapory.
Twierdza Ananuri: Burzliwa Historia w Pięknej Oprawie
Tuż nad brzegiem zbiornika stoi malowniczy kompleks obronny – Twierdza Ananuri, wybudowana na przełomie XVI i XVII wieku. W przeszłości należała do potężnego rodu książąt Aragwi (Eristawi) i pełniła kluczową rolę strategiczną, strzegąc wrót do przełęczy górskich.
Choć dziś miejsce to roztacza spokojną i romantyczną atmosferę, jego historia była niezwykle krwawa. Twierdza była świadkiem licznych oblężeń, zdrad i bitew rodowych.

Co warto zobaczyć na terenie twierdzy?
Punkty widokowe: Z murów i wież twierdzy roztacza się niezapomniana panorama na całe Jezioro Żinwali. Ja akurat najlepsze zdjęcie zrobiłam z mostu na drodze.
Cerkiew Wniebowzięcia NMP (Gvarta): Główna świątynia wewnątrz murów, pochodząca z XVII wieku. Zwróć uwagę na jej fasadę jest bogato zdobiona misternymi płaskorzeźbami przedstawiającymi krzyże, smoki i drzewo życia.
Baszta Szesnastokątna i Wieża „Szeupowari”: Najstarsza, kwadratowa wieża obronna, na którą można się wspiąć.

Ruszyliśmy dalej słynną Gruzińską Drogą Wojenną. Każdy kolejny kilometr przynosił jeszcze większe widoki. Góry stawały się coraz potężniejsze, doliny głębsze, a niebo jakby bliżej ziemi. Drogi jak to w Gruzji, dużo pozostawiają do życzenia. Ale widoki rekompensują wszystko. Ekipa w aucie też wesoła i nikomu się nie nudzi.
Zatrzymaliśmy się także przy Pomniku Przyjaźni Rosyjsko-Gruzińskiej. Monument nabiera dość symbolicznego znaczenia, szczególnie gdy przez większość drogi mijamy samochody na rosyjskich rejestracjach. Do granicy z Rosją stąd naprawdę niedaleko – Władykaukaz jest oddalony zaledwie o około 40 kilometrów.
Przełęcz Krzyżowa, surowe góry i bezkresne krajobrazy tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że Kaukaz jest jednym z najbardziej niedocenianych miejsc świata.
I jeszcze one – psy. Gruzja naprawdę stoi psami. Są wszędzie. Na przełęczach, przy cerkwiach, przy drogach i na szlakach. Spokojne, mądre, często towarzyszą ludziom w wędrówkach. Każdego chciałoby się zabrać ze sobą do domu.
Pierwszy dwa dni? Absolutnie wyjątkowy. A to był dopiero początek.
Kazbegi – tam, gdzie góry stają się ogromne
Stepancminda, dawniej znana jako Kazbegi, to miejsce, które zostaje w głowie na długo. To właśnie stąd najlepiej widać Kazbek czyli drugi najwyższy szczyt Gruzji, majestatyczny wulkan sięgający 5054 m n.p.m. Może jeszcze na Ciebie wejdziemy. Nigdy nie mów nigdy.
Są takie miejsca, których zdjęcia nie potrafią oddać. Kazbegi zdecydowanie do nich należy.
Poranki tutaj wyglądają nierealnie. Chmury przesuwają się między szczytami, światło zmienia góry co kilka minut, a człowiek czuje się malutki wobec tej ogromnej przestrzeni. Hotel był rewelacyjny, elegancki, widokiem wprost na Kazbek – blisko do knajpek. Konie na dziko pasące się wszędzie, rano słychać jak ich dzwonki budzą po malu okolice. Idyllicznie. Totalnie wiejskie klimaty, jeszcze dzikie i takie swojskie. To jest wypoczynek. Nie rozumiem pogoni niektórych tylko za tzw. topikami – Seszele czy tylko tam gdzie tzw. ładne fotki będą. Kocham te inne klimaty, nie muszę udawać. Bo najważniejsze w każdej podróży być sobą, czy w czapie, dresie czy sukni, ale tak jak się chce – bez udawania.
Największą ikoną regionu jest klasztor Cminda Sameba położony na wysokości 2170 m n.p.m., tuż nad wioską Gergeti. To właśnie tutaj przez wieki przechowywano krzyż św. Nino to symbol chrystianizacji Gruzji. Widok cerkwi na tle Kazbeku to jeden z tych obrazów, które zna się jeszcze przed przyjazdem do Gruzji. Ale zobaczyć go na własne oczy to zupełnie inne doświadczenie.
Nie mogliśmy odpuścić trekkingu w stronę lodowca. Dotarliśmy na wysokość około 2700 metrów, a było już za późno i trzeba było wracać. Góry to góry. A każdy kolejny krok wynagradzały jeszcze bardziej surowe i monumentalne widoki. Góry Kaukazu mają w sobie coś dzikiego i pierwotnego. Człowiek czuje tam prawdziwą wolność.
Oczywiście przez większość trasy towarzyszyły nam psy – wierni kompani gruzińskich szlaków. Gruziński Owczarek Kaukaski Nagazi to rdzenny pies pasterski i stróżujący z rejonów Kaukazu. Jest to naturalna, starożytna rasa, która przez wieki pomagała pasterzom chronić stada owiec przed wilkami i niedźwiedziami.
Jest jeszcze Owczarek Kazbecki. To kolejna lokalna odmiana kaukaskiego psa pasterskiego, doskonale przystosowana do surowego, wysokogórskiego klimatu.
Później ruszyliśmy do wodospadu Gveleti, ukrytego w Wąwozie Darialskim prowadzącym niemal pod samą granicę z Rosją. Krótka wspinaczka i ogromna ściana wody spadającej między skałami. Zdecydowanie warto. Wieczorem pyszna kolacja, do której doradzał i serwował jedzenie kelner na co dzień pracujący w Gdyni. Świat jest mały, ale za to jaki wspaniały.
Nie zabrakło też Doliny Truso – jednego z najbardziej magicznych miejsc całego wyjazdu. Opuszczone wioski, mineralne źródła, surowe góry i cisza, która robi ogromne wrażenie.Dlaczego Dolina Truso jest tak wyjątkowa? Marsjański krajobraz i trawertyny. Dolina słynie z unikalnej aktywności wulkanicznej i hydrotermalnej. Woda bogata w minerały wypływa ze skał i tworzy trawertyny – imponujące, pomarańczowo-żółto-czerwone osady osadzające się na zboczach. W połączeniu z zielenią traw i błękitem nieba daje to niesamowity, wręcz „marsjański” efekt wizualny. Opuszczone wioski i wieże obronne. Bo Truso to nie tylko natura, ale też przejmująca historia. Przez wieki dolinę zamieszkiwali głównie Osetyjczycy. Dziś większość wiosek (m.in. Ketrisi czy Zakagori) jest opuszczona i popada w ruinę. Kamienne, kaukaskie wieże strażnicze na tle monumentalnych szczytów tworzą surowy, niesamowicie klimatyczny pejzaż.
Ważna uwaga na trasie: Na końcu ogólnodostępnego szlaku stoi twierdza Zakagori. Za nią znajduje się strefa przygraniczna z Osetią Południową i posterunek wojskowy — bez specjalnego przepustki nie można iść dalej. Wojskowi grzecznie zawracają turystów na wysokość twierdzy.
A na koniec… Po około 55 kilometrach dotarliśmy do Gudauri zimowego kurortu położonego na wysokości 2196 m n.p.m., nazywanego czasem „gruzińskim Aspen”. Czy słusznie? To kwestia dyskusyjna. Ale jedno jest pewne – widokowo miejsce robi ogromne wrażenie. I rozpoczęcie sezonu narciarskiego bez nart – wjazd na Mt. Bidara na wysokość 3174 m n.p.m. Widoki? Gudauri zaskoczyło nas jeszcze czymś … nowoczesną kolejką gondolową prowadzącą na szczyt Mt. Bidara. Sam wjazd już robi ogromne wrażenie, bo z każdą minutą krajobraz staje się coraz bardziej surowy i monumentalny. Na wysokości ponad 3000 metrów świat wygląda zupełnie inaczej – przestrzeń, śnieżne szczyty i potężny Kaukaz ciągnący się po horyzont.
To był trochę taki początek sezonu narciarskiego bez nart. Sama jazda nową kolejką i stanie na wysokości 3174 m n.p.m. dawały ogromne emocje. Gruzja po raz kolejny udowodniła nam, że tutaj nawet zwykły „wjazd gondolą” zamienia się w doświadczenie, które zostaje w pamięci na długo.
Absolutny kosmos.
Zakaukazie ma w sobie coś uzależniającego. Dzikość, przestrzeń, prostotę i autentyczność, której coraz trudniej szukać w Europie.
I chyba właśnie dlatego Gruzja tak bardzo zostaje w sercu.
Tbilisi to chaos, wino i dusza Gruzji…
Tbilisi nie da się porównać do żadnej innej stolicy Europy. To miasto kontrastów, gdzie stare drewniane balkony sąsiadują z nowoczesną architekturą, a kilka ulic dalej można trafić do klimatycznej piwnicy z winem i gruzińską muzyką na żywo.
Spacer po starym mieście to ciągłe odkrywanie – kolorowe kamienice, zapach świeżego chaczapuri, ukryte dziedzińce, siarkowe łaźnie i wszechobecne życie uliczne. Gruzini potrafią celebrować codzienność jak mało kto.
Wieczorem Tbilisi żyje jeszcze bardziej. Wino leje się praktycznie wszędzie, rozmowy ciągną się godzinami, a gościnność mieszkańców nie jest mitem – to po prostu część ich kultury.
To miasto ma chaos, ale ma też duszę. I właśnie za to można je pokochać. Ruszamy dalej, po drodze podziwiamy wszystko, co na naszej trasie. Nasz prywatny off-road to rewelacyjna przygoda. I jestem w stanie napisać, że na pewno wrócę do Gruzji po raz trzeci.
Katskhi — dom pustelnika na skale
Jednym z najbardziej niezwykłych miejsc, jakie zobaczyliśmy w Gruzji, był Katskhi — niewielki monastyr położony na szczycie ogromnego wapiennego monolitu. Skała wznosi się na około 40 metrów i wygląda tak nierealnie, jakby ktoś postawił klasztor dosłownie pomiędzy niebem a ziemią.
Przez lata miejsce pozostawało opuszczone, aż współcześnie zamieszkał tam pustelnik, który prowadzi ascetyczne życie niemal całkowicie odcięte od świata. Na górę prowadzi jedynie wąska metalowa drabina, a wejście dla większości osób jest niedostępne.
W małej kaplicy – głos unosi się chyba do nieba, koleżanka jak zaśpiewała…to chyba tak było. Wzruszająco.
Patrząc na ten samotny „dom na skale”, trudno nie zastanawiać się nad siłą wiary i potrzebą ciszy w miejscu, gdzie wokół są tylko góry, wiatr i przestrzeń.
Gruzja po raz kolejny pokazała nam, że potrafi zaskakiwać nie tylko widokami, ale też historiami, które wydają się wręcz nierealne.

Kutaisi i okolice – zielone serce Gruzji
Po raz kolejny Kutaisi, które okazało się zupełnie inne niż górski Kaukaz. Bardziej spokojne, zielone i leniwe. Ale równie ciekawe. Za pierwszym razem z Łukaszem jak byliśmy sami, skupiliśmy się na tym mieście bardziej i jest fajne. Ale o tym już pisałam.
To jedno z najstarszych miast świata, pełne historii i lokalnego klimatu. Idealne miejsce, żeby trochę zwolnić po intensywnych dniach w górach.
Okolice Kutaisi zachwycają naturą. Kaniony, jaskinie, wodospady i soczysta zieleń tworzą zupełnie inne oblicze Gruzji niż surowe północne regiony. Tutaj życie płynie wolniej.
I chyba właśnie to jest najpiękniejsze w Gruzji – jej różnorodność. W ciągu kilku dni można znaleźć się w skalnych miastach, wysokich górach, dzikich dolinach, klimatycznych miastach i subtropikalnych krajobrazach.
Mały kraj, a emocji jak po wielkiej wyprawie.
Gruzja nie jest miejscem, które się tylko odwiedza.
Gruzję się przeżywa. 🇬🇪🏔️🍷
„Lepsze jest zobaczenie czegoś raz, niż usłyszenie o tym sto razy.”
Wrócimy tam po raz kolejny. Dwa razy za mało, zresztą miejsca, które się pokochało – chce się do nich wracać. Staramy się nie zaliczać kraju i miejsc, my chcemy je poznać. Na razie nam się to udaje – oczywiście w miarę czasu i możliwości jakie mamy. Zwyczajnych ludzi podróże na luzie. I to chodzi!
A dla tych, którzy boją się ruszyć z domu i ucieka im czas, Gruzini mają nieco bardziej przekorne, małe powiedzonko:
„Dopóki stoisz na brzegu, nie nauczysz się pływać, a dopóki siedzisz w domu, nie poznasz drogi.”


















































